+

Archiwum

Etykiety

Aleksandra (2) Alexandra (2) Allijay (2) Amelia (11) Ashley (9) Ashton (2) Aspen (6) Astrid (2) Aviana (1) Carmen (7) Carter (2) Cole (7) Cruz (1) Damien (2) Daniel (16) Delfina (2) Dezydery (1) Eden (3) Eleonora (2) Elizabeth (2) Gabrielle (3) Giselle (2) Gwen (3) Harry (3) Heather (6) Igor (1) Iris (1) Jack (2) Jean (1) Josephine (2) Leo (2) Liam (1) Luke (1) Maxine (3) Naomi (1) Naomi Sullivan (1) Nowa postać (50) Olivier (2) Raven (1) Rebeca (1) Skylar (1) Sophie (2) Steven (1) Thomas (2) William (1)

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amelia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amelia. Pokaż wszystkie posty

Od Amelii CD. Harry'ego

Brak komentarzy:
Mój stary brązowy Chevrolet był najlepszym autem, jakie jeździło po świecie. Może i nie miał skórzanych foteli, kierownica ślizgała się w dłoniach, a z klimatyzacji śmierdziało grzybem. Może i co chwilę łapałam flaki przez wadliwe śruby, blacha co rusz wgniatała się z każdej strony, a tylna szyba była porysowana do tego stopnia, że do wycofywania używałam jedynie bocznych lusterek (notabene - to od strony pasażera niedawno zostało uszczerbane). Mimo wszystko kochałam ten samochód jak własne dziecko. A właściwie, jak własnego konia, bo jakichkolwiek dzieci nigdy nie darzyłam szczególną sympatią.
I właśnie dlatego, kiedy zaliczyłam stłuczkę na wjeździe do stadniny, przez chwilę czułam się tak, jakby ktoś wbił mi nóż w serce. Mój zniedołężniały Chevrolet, który przeżył niejedno spotkanie z drzewem, latarnią, słupem czy też barierką, poniósł sromotną porażkę, gdy dwukrotnie większe Cayenne wpieprzyło się w jego lewą stronę, wgniatając doszczętnie błotnik, maskę i miażdżąc przedni zderzak. Siła uderzenia sprawiła, że zarzuciło mną do przodu, ale, całe szczęście, pomimo wszystkich usterek, pasy bezpieczeństwa nadal działały bez zarzutu.
Przez chwilę, która zdawała ciągnąć się w nieskończoność, nie docierało do mnie, co właściwie się wydarzyło. Siedziałam w miejscu, z rękami na kierownicy, lewą stopą nadal naciskając na hamulec. Moja mina nie wyrażała nic. Mimo że oczy miałam wielkości spodków, z mojej twarzy nie dało się wyczytać kompletnie nic. Głównie dlatego, że sama nie wiedziałam, co myśleć o tym wszystkim.

Od Amelii CD. Ashley

Brak komentarzy:
Pośpiech, jak powszechnie wiadomo, jest cholernie złym doradcą. Niestety, w moim przypadku, jest on jedynym konsultantem, co skutkuje rozgardiaszem w każdej części mojego, i tak cholernie pomieszanego, życia. Jednak cóż poradzić na to, że z nocnej zmiany wróciłam później niż zazwyczaj, w związku z czym przegapiłam budzik, a co za tym idzie, zaspałam na trening. W dodatku zapodziałam gdzieś czapsy, mój kask postanowił się gdzieś przejść, a bat zaginął bez śladu, więc kolejne dwadzieścia minut spędziłam na poszukiwaniach. Ojciec czekał na mnie przed domem od dobrych trzech kwadransów, równie zdenerwowany, co ja, prawdopodobnie zaczynając żałować, że niebiosa skarały go tak niezorganizowaną córką. Zresztą, wcale by mnie to nie zdziwiło – gdybym to ja była na jego miejscu, pewnie już dawno straciłabym cierpliwość.
Na szczęście, Bill Whitehall był człowiekiem o anielskiej cierpliwości i mimo że początkowo wyglądał, jakby za moment para miała zacząć wylatywać mu uszami, już po chwili całą sytuację obrócił w żart, pół drogi żartując na temat mojej ciapowatości i roztrzepania. Wspominał również, że sam nie wie, po kim to odziedziczyłam, ponieważ nikt z moich bliskich nie był aż tak nieogarnięty. Wspólnie doszliśmy jednak do wniosku, że albo była to zasługa dalekich krewnych i ich niefortunnych genów, albo po prostu to ja byłam szablonową „czarną owcą” w naszej rodzinie.

Od Amelii CD. Daniela

Brak komentarzy:
- W szatni w ostatniej półce od ściany są śpiwory. – Och, no tak, najlepsza metoda na konstruktywny dialog – zmiana tematu przy każdej nieścisłości. – Nie wiem czy planujesz iść dziś spać, ale ja tak, bo mam jutro rano trening – dodał na koniec, po czym zostawił mnie na korytarzu, a samemu wchodząc do pomieszczenia obok.
Chwilę miotałam się pomiędzy ruszeniem w ślad za nim, a ucieczką na drugi koniec stajni, jednak koniec końców, wyjątkowo, posłuchałam rozsądku i weszłam do szatni zaraz za Danielem. Szybko pokonałam odległość dzielącą mnie od szafek na drugim końcu pokoju, przyświecając sobie telefonem, wydobyłam z jednej z półek śpiwór, po czym bez słowa wyminęłam Herringa i wyszłam z powrotem na korytarz, powstrzymując się od trzaśnięcia drzwiami. W końcu, nasze spory to jedno, ale komfort koni to całkiem inna kwestia i nie zamierzałam zakłócać ich spokoju przez nasze bezsensowne wojny.
Tak, przyznałam to – nasze wieczne kłótnie były kompletnie bez sensu, jednak nie mogłam nic poradzić na to, że wydawały się po prostu… Prawidłowe. Gdy tylko widziałam Daniela, ciśnienie automatycznie podskakiwało mi do niebotycznych rozmiarów, a zęby zaczynały zgrzytać same z siebie. Działał na mnie jak płachta na byka. Tak jak byk wbiegał w cholerną szmatę, tak ja miałam ochotę z całej siły wpierdolić Herringowi w tą jego zasraną twarzyczkę.
Przystanęłam na środku korytarza, by dla uspokojenia zszarganych nerwów wziąć kilka głębszych wdechów. Dopiero kiedy poczułam, że krew przestała buzować w moich żyłach, ruszyłam dalej w nie do końca znanym mi kierunku. Cel swojej „podróży” poznałam w momencie, kiedy już do niego dotarłam. Wtedy też okazało się, że nogi same poniosły mnie wprost na wyłożone sianem poddasze. W zasadzie był to bardzo dobry wybór. Tam przynajmniej miałam niemal stuprocentową pewność, że Daniel nie postanowi zakłócić mojego spokoju. W końcu, na dole do jego dyspozycji były przecież dwie kanapy – jedna w siodlarni, druga w szatni. Dlaczego więc miałby kłopotać się i wchodzić aż na zatęchłe, niestabilne i trzeszczące z każdej strony poddasze? Przecież jedynie ja byłam na tyle głupia, by posunąć się do tak drastycznych środków, byleby tylko nie musieć oglądać jego twarzy.
Ponownie wzięłam głęboki oddech, tym razem nie po to, żeby się uspokoić, a w celu zatrzymania cisnących się do oczu łez. Co to, to nie. Nie zamierzałam ryczeć. Nie tam i nie w tamtym momencie. Mimo że broda z każdą chwilą drżała coraz bardziej, a oczy stawały się coraz bardziej wilgotne, nie zamierzałam się rozryczeć. Może i Daniel wkurwiał mnie na każdym kroku, może i utknęłam sama jak palec na chwiejnym strychu, gdzie efekty burzy dawały się we znaki dziesięć razy mocniej niż na dole, w dodatku w kompletnej ciemności, jednak mimo wszystko nie zamierzałam ryczeć.
I powtarzałam sobie to aż do momentu, w którym, rzecz jasna, nie wytrzymałam i popłakałam się jak cholerne dziecko. Nie tyle ze złości, nawet nie ze strachu, który, nie ma co ukrywać, wzbudzała we mnie szalejąca naokoło burza, co po prostu z wyjątkowo irytującego poczucia bezradności. Bo w końcu, co mogłam zrobić? Nie było nawet opcji, żebym dzwoniła po ojca, kiedy na dworze panowała taka zawierucha, szczególnie, że miałam wrócić z Heather, która, o zgrozo, zostawiła mnie na pastwę losu, a na dół zejść nie mogłam. A właściwie mogłam, tylko nie pozwalała mi na to moja przerośnięta duma.
Takim właśnie sposobem skończyłam, przecierając mokre policzki i wsuwając się w ciepły śpiwór. Po raz ostatni sprawdziłam godzinę, by przekonać się, że na zegarku widniała już dwudziesta druga trzydzieści trzy, po czym wtulając się mocniej w śliski materiał, zamknęłam oczy, mając nadzieję, że sen przyjdzie jak najszybciej.
Niestety, nic z tego nie wyszło. Koniec końców przewracałam się z boku na bok przez następną godzinę, bo co rusz coś mi nie pasowało. To jedno miejsce okazywało się twardsze od drugiego, to zaczynał mnie boleć nadwyrężony bark, to deski skrzypiały, przyprawiając mnie o gęsią skórkę, to niebo przecinał cholerny piorun, mrożąc mi krew w żyłach. Śmieszne, nie tak wyobrażałam sobie noc w stajni, będąc młodszą. Zawsze marzyłam, że kiedyś wraz z moimi super przyjaciółkami (które planowałam poznać, ale coś mi nie wyszło) zorganizujemy niezapomniane nocowanie na słomie, przegadamy całą noc, a następnego dnia od rana do wieczora pojeździmy na szkółkowych konikach, które wtedy postrzegałam jako światowe czempiony z perfekcyjnym rodowodem. Dopiero kiedy podrosłam, zrozumiałam, że moje marzenia nijak nie mają się do rzeczywistości i, całe szczęście, poszły w odstawkę. Gdyby tak się nie stało, zapewne nadal tkwiłabym w pierwszym lepszym ośrodku jeździeckim na obrzeżach Londynu, gdzie wychudzone szkapy spędzały siedem godzin dziennie w rekreacji.
Kolejny grzmot po raz kolejny wyrwał mnie z moich, jakże barwnych, rozmyślań, sprawiając, że zwinęłam się w kulkę, marząc jedynie, by cały ten armagedon dobiegł wreszcie końca. Niestety, jak na razie wszystko wskazywało na to, że cholernym fuksem zarówno ja, jak i Daniel, znaleźliśmy się w samym epicentrum przyrodniczej masakry.
Jęknęłam z niezadowolenia, gdy deski ponownie zaskrzypiały. Zakryłam uszy i zamknęłam oczy mocniej niż dotychczas, pragnąc jedynie na chwilę odciąć się od otaczającego mnie gówna. Niestety, nic z tego nie wyszło. A jakby tego było mało, odnosiłam wrażenie, że zgrzyty zamiast ustawać, coraz bardziej narastały. Coś zdecydowanie było nie tak. Zmarszczyłam brwi, uniosłam lekko powieki, rozglądając się wokoło, mając złudną nadzieję, że cokolwiek zobaczę w tej nieprzeniknionej ciemności, i dopiero wtedy odsłoniłam uszy. I również wtedy dotarło do mnie, że narastające z każdą sekundą skrzypienie desek nie było jedynie wytworem mojej wyobraźni.
Bijąc się z własnymi myślami, z sercem walącym tak mocno, jakby chciało wyrwać się z piersi, powoli odwróciłam głowę, by…
- Ja pierdolę! – wykrzyknęłam, gdy dosłownie kilkanaście centymetrów dalej w mroku dostrzegłam parę butów. Zerwałam się jak oparzona do pozycji siedzącej i czym prędzej odblokowałam ukryty w odmętach śpiwora telefon, by rzucić choć trochę światła na postać, oczywiście, Daniela. – Kurwa, czy ty chcesz, żebym zeszła na zawał? Do końca cię pojebało, koleś, przysięgam! – wykrzyknęłam, zginając się wpół i chowając głowę między kolanami. Mogłabym przysiąc, że pierwszy raz w życiu wystraszyłam się czegoś aż tak bardzo. I równocześnie, dałabym sobie rękę uciąć, że w uszach (i na nerwach) grał mi stłumiony, niezwykle irytujący chichot Herringa, którego w tamtej chwili miałam ochotę ukatrupić bardziej niż zwykle.

Daniel? c:

Od Amelii CD. Daniela

Brak komentarzy:
Dobra, po pierwsze, nie spodziewałam się jakiejkolwiek odpowiedzi, więc musiałam przyznać, że byłam pozytywnie zaskoczona. Nawet, jeśli ów odpowiedź została przesączona sarkazmem i jadem. A po drugie, zdaniem „Nic o mnie nie wiesz, Whitehall” Herring sprawił, że zachciało mi się śmiać. Bo co niby miałam o nim wiedzieć i skąd? Moja ocena Daniela była zupełnie subiektywna. Nie wiedziałam, jaki był „naprawdę”, bo nigdy nie miałam szczególnej ochoty ani sposobności w to wnikać.
Zresztą, do cholery, on też mnie nie znał, a opinię na mój temat miał doskonale wyrobioną.
- No, to teraz moja kolej – powiedział, zerkając na mnie i równocześnie odrywając mnie od moich własnych przemyśleń. – O co ci tak naprawdę chodzi? – Zmarszczyłam lekko brwi, słysząc jego pytanie. Wyprostowałam plecy i założyłam ręce na piersi, posyłając Danielowi zdezorientowane spojrzenie. – Zaraz wracam, pomyśl spokojnie – dodał, wstając z miejsca, po czym pewnym krokiem wyszedł na korytarz.
Przez parę sekund patrzyłam w ślad za nim, by po chwili otrząsnąć się i z ciężkim westchnieniem po raz kolejny oprzeć brodę na dłoni. Cała ta sytuacja zaczęła mnie porządnie wkurwiać. Nie żebym się tego nie spodziewała, w końcu, spędzałam uroczy wieczór z Herringiem, po prostu… Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Liczyłam raczej na… Czy ja wiem? Luźną pogawędkę?
No dobrze. Sama nie wiedziałam, na co liczyłam. W każdym razie, na pewno nie chciałam, by stanęło na temacie „dlaczego mnie nie cierpisz, Whitehall?”. Szczególnie, że do tej pory żyłam w przekonaniu, że Daniel doskonale wiedział, skąd pochodziła moja niechęć. Cóż za niefart.
Nie wiele jednak mogłam poradzić. Nie było sensu ściemniać i wciskać jakichś bajeczek o tym, jak to przejmują mnie jego podboje miłosne i tuziny połamanych serc. Gówno prawda. Wszystkie naiwne idiotki, które czepiały się go jak rzep psiego ogona, miałam kompletnie w dupie. Ich obecność była dla mnie jedynie pretekstem, by koniec końców zrobić aferę Danielowi. Nie dlatego, że faktycznie się tym przejmowałam, a dla zasady. Byłam jego wrogiem numer jeden, więc musiałam robić problemy z niczego, taka moja rola.
Wszystko wskazywało jednak na to, że tego wieczora moje wymówki dobiegły końca i nadszedł czas, by powiedzieć, o co tak naprawdę chodziło. A szkoda, nie najgorzej się bawiłam, patrząc na kręcące się wokół Daniela laleczki. Swoją drogą, śmieszna sprawa, zawsze interesowały się nim głównie puste dziunie. Ciągnie swój do swego? Nie, nic.
Z ciężkim westchnieniem podniosłam się z miejsca i powolnym krokiem skierowałam się do wyjścia z szatni, gdzie chwilę wcześniej zniknął brunet. To, jak bardzo nie chciało mi się z nim rozmawiać, było wręcz nie do opisania. Niestety, miałam w sobie na tyle uczciwości, by odpowiedzieć mu na jego pytanie. Bo w końcu, na swoje odpowiedź dostałam.
Początkowo nie do końca wiedziałam, gdzie go szukać. Jakby na to nie spojrzeć, równie dobrze mógł stwierdzić, że ma mnie w dupie, zamknąć bramę i pojechać do domu, zostawiając mnie w stajni zupełnie samą. Nie da się ukryć, że taki scenariusz przeszedł mi przez myśl. W końcu, to Daniel, wszystkiego mogłam się po nim spodziewać. Na szczęście, okazało się jednak, że nie był tak wielkim chamem, za jakiego go uważałam i, tak jak się spodziewałam, znalazłam go niedaleko boksu Protosa, niemal na samym końcu cholernie ciemnego korytarza.
- Co, zaczęłaś się już o mnie martwić? – zapytał, przywołując na twarz typowy dla siebie uśmiech, gdy tylko znalazłam się w pobliżu. Zmierzyłam go spojrzeniem pełnym dezaprobaty, zastanawiając się, jakim cudem nadal miał ochotę na żarty.
- Właściwie, przyszłam tu z nadzieją, że coś zdążyło cię pożreć, ale najwyraźniej oboje nie mamy dziś szczęścia – burknęłam, znów zaplatając ręce na piersi. – W każdym razie, mam już odpowiedź, jeśli nadal masz ochotę ją usłyszeć.
Chłopak zerknął na mnie z zainteresowaniem, unosząc brwi. Świetnie. Czas zacząć show.
- No więc, pamiętasz może sezon w dwa tysiące trzynastym? Wtedy, kiedy się tutaj przeniosłam, jeszcze bez Kit Kata. Jeździłam w londyńskim klubie i akurat zaczynałam startować w P-tkach – zawiesiłam na chwilę głos, starając się przypomnieć sobie wszystkie szczegóły. – I… Dobra, bez owijania w bawełnę. Cały sezon byłam druga, zaraz za tobą. Nie zrozum mnie źle, nie mam za złe tego, że wygrywałeś, w końcu, taki jest sport. Właściwie, chodzi mi tylko o to, że na zakończeniu startów, pod koniec października, byliśmy razem na imprezie u jednego z organizatorów. Podeszłam do ciebie, żeby pogratulować ci udanego sezonu, a ty, jak gdyby nigdy nic, nie dając mi nawet dojść do słowa, odpaliłeś, że może kiedyś uda mi się cię pokonać i żebym nie zniechęcała się zbyt szybko, bo na pewno nie zdarzy się to w najbliższym czasie – wyrzuciłam z siebie na jednym wdechu, po drodze kilkukrotnie mieszając się we własnych słowach, do tego stopnia, że sama nie byłam pewna, co właściwie powiedziałam.
Patrząc jednak po minie Daniela, zamiast odpowiedzieć na jego pytanie, pozostawiłam jeszcze więcej niewiadomych.
- Dobra, generalnie chodzi mi o to, że kiedy ja starałam się być miła, ty okazałeś się bucem i kompletnie mnie do siebie zniechęciłeś. Od tego czasu mam o tobie takie, a nie inne zdanie. Koniec, kropka.

Daniel?

Od Amelii CD. Daniela

Brak komentarzy:
Skończony cham! Jeden jedyny raz postanowiłam wyciągnąć rękę na zgodę, a on odrzucił ją w tak bezczelny sposób… Mogłam się tego spodziewać. Niewdzięczny, rozpieszczony bachor. Skąd w ogóle przyszedł mi do głowy pomysł, że mógłby w jakikolwiek sposób docenić moją próbę rozejmu? Przecież wciąż był tym samym Danielem Herringiem, co zawsze. Cynicznym, rozbestwionym i cholernie irytującym bogatym dzieciakiem. Oczekiwanie jakichkolwiek oznak człowieczeństwa z jego strony było doszczętnie irracjonalne. To tak, jakbym dźgała patykiem niedźwiedzia i oczekiwała, że mnie nie zaatakuje – naiwne próby zmienienia czyjejś natury.
Kompletnie zirytowana, roztrzęsiona i poniekąd zawiedziona szybkim krokiem ruszyłam w przeciwnym do Daniela kierunku, chcąc jak najprędzej znaleźć się jak najdalej od niego. Sama jego obecność podnosiła mi ciśnienie, a już szczególnie teraz, gdy po raz kolejny wykazał się swoją wrodzoną „uprzejmością”.
Nawet nie wiedziałam, dokąd idę, dopóki nie zatrzasnęłam za sobą drzwi szatni. Rozejrzałam się wokoło i po raz kolejny wzdrygnęłam się, gdy za oknem błysnął potężny piorun. Potarłam dłońmi ramiona pokryte gęsią skórką i powolnym krokiem skierowałam się w stronę krzesła, ustawionego pod ścianą. Usiadłam na nim okrakiem, przodem do oparcia i wbiłam wzrok w horyzont za oknem, rozmazany przez krople ciurkiem spływające po szybie. Przekrzywiłam lekko głowę, starając się uchwycić niewielkie szczegóły, jak na przykład ptaka, siedzącego w koronie pobliskiego drzewa, jednak, niestety, cały krajobraz był zbyt… Ciemny, rozmyty i ponury.
Wtem za plecami usłyszałam stłumione kroki, a po chwili ciche skrzypienie zawiasów. Zmarszczyłam brwi w konsternacji, by zaraz potem uśmiechnąć się półgębkiem do samej siebie. Czyżby ktoś poszedł po rozum do głowy i nagle postanowił przyjąć moją propozycję? Cóż, jak to się mówi – lepiej późno niż wcale, prawda?
- No – westchnął i zamilkł na moment, jakby starając się znaleźć odpowiednie słowa. Albo przekonać samego siebie do ich wypowiedzenia. – Postaram się być w miarę miły i przez te pieprzone kilka godzin znosić ciebie i... – znów się zawiesił. Prychnęłam pod nosem.
- I moje humory, charakter czy może obie te rzeczy? – Zerknęłam na niego z ukosa, unosząc brwi w pytającym geście. – Bo wiesz, tak się składa, że nie potrzebuję twojej łaski. Zasugerowałam cały ten rozejm, bo nie zamierzam nigdzie się stąd wybierać, dopóki ta cholerna burza nie ustąpi i nie chodzi tutaj o to, żeby zrobić ci na złość, jasne? To tylko… kwestia bezpieczeństwa, nic więcej. Więc przełknij swoją dumę na jakiś czas, tak, jak ja to zrobiłam, i pogódź się z faktem, że chcąc nie chcąc, chwilowo jesteśmy na siebie skazani – wymruczałam kilka ostatnich słów, opierając łokcie na oparciu krzesła i wspierając dłońmi głowę.
Kątem oka widziałam, że Daniel miał ochotę skomentować cały mój monolog, jednak najwyraźniej ugryzł się w język, poszedł za moją radą i faktycznie postanowił przełknąć tą wygórowaną dumę. Albo po prostu udawał, że to robi, przysuwając sobie krzesło i siadając na nim w takiej samej pozycji jak ja. Oczywiście, w bezpiecznej, kilkumetrowej odległości. Napięcie między nami było tak wyczuwalne, że z każdą chwilą nabierałam coraz więcej ochoty na to, by sprawdzić, czy w niektórych chwilach atmosferę faktycznie można przeciąć nożem.
Cholera, tego nie przewidziałam, proponując ten zasrany rozejm. Z jednej strony – siedzieliśmy obok siebie, nie rzucając w siebie najróżniejszymi obelgami, a to już był jakiś postęp. Z drugiej zaś – nastała grobowa cisza i doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że żadne z nas nie zamierzało jej przerwać. Jeśli zrobiłabym to ja, on nie oszczędziłby sobie zgryźliwych komentarzy i całe porozumienie szlag by trafił, a z kolei na to, że to on odezwie się pierwszy, nie było żadnych szans. Może i przełknął dumę na tyle, by siedzieć obok mnie i nie prowokować do kłótni, ale nie na tyle, by nawiązać jakikolwiek dialog. Błędne koło.
Westchnęłam głęboko, przewracając oczami. Dobra, ktoś musiał być mądrzejszy. I znów padło na mnie.
- Zamierzasz się do mnie odezwać, czy spędzimy cały wieczór w tej martwej ciszy? – zapytałam, odwracając się do niego i podwijając nogi w taki sposób, że usiadłam po turecku. W półmroku dostrzegłam, jak marszczy brwi i od góry do dołu mierzy mnie spojrzeniem, jakby patrzył na wariata. Cóż, może faktycznie oszalałam. Nie było innego wytłumaczenia dla mojego zachowania. – Dobra, czaję, nie lubisz mnie. I z wzajemnością, uwierz. Ale może chociaż spróbujmy… Porozmawiać, czy coś? Ledwo mi to przez gardło przeszło.
Na jego twarzy znów zagościł ten ironiczny uśmieszek, który w każdej innej sytuacji miałam ochotę w jakiś sposób zmyć, jednak tym razem, nieomal ów uśmiech odwzajemniłam. Moje monologi tego wieczoru zaskakiwały nawet mnie. Niestety, nie w pozytywnym sensie. Wcale nie miałam ochoty się godzić. Nie miałam ochoty zakopywać toporów, podawać sobie rąk na zgodę, czy robić czegokolwiek innego. Właściwie, to chciałam wyrzucić mu prosto w twarz wszystko, dla czego tak bardzo go nienawidziłam. Jednak, dla swojego własnego dobra, postanowiłam przełożyć to na inną okazję, a chwilowo zgrywać bezkonfliktową. Co, jak dotąd, wychodziło mi nie najgorzej. To znaczy, jak na mnie.
- Dobra, widzę, że nie masz szczególnej ochoty na rozmowę, ale na jedno pytanie musisz mi odpowiedzieć – stwierdziłam, pochylając się lekko i mrużąc oczy. – Jak to jest być tym popularnym, bogatym dzieciakiem? Zawsze mnie to zastanawiało. - Uśmiechnęłam się, o dziwo, szczerze, ze zniecierpliwieniem czekając na jego reakcję.

Daniel? No, dalej, opowiadaj. c:

Od Amelii CD. Daniela

Brak komentarzy:
Sama nie wiedziałam, co było gorsze – burza czy zasrany Daniel. Obydwu nienawidziłam w tamtej chwili w porównywalnym stopniu. Herringa, bo irytował, śmiał się w ten swój denerwujący sposób i, no cóż, po prostu był. A z kolei burzy, ponieważ sprawiła, że wysiadł prąd, co równało się kompletnej ciemności, która przyprawiała mnie o nieprzyjemne dreszcze. W dodatku zostałam kompletnie sama z Kit Katem i rozlanym na kolanach meszem, nadal siedząc po turecku jak ostatnia ciota. Będąc szczerą, w pierwszej chwili, gdy zauważyłam, że Daniel postanowił odejść od boksu, miałam ochotę go zatrzymać, jednak w porę się powstrzymałam i tym samym nie naraziłam się na kolejne zgryźliwe uwagi.
Ciężko wzdychając, podniosłam się z miejsca i starając się nie naświnić za bardzo na korytarzu, ruszyłam do paszarni, by zgarnąć z siebie tą lejącą maź w miejscu, gdzie nie będzie to robiło większej, a w zasadzie żadnej różnicy. W końcu, tam zawsze wszystko było upaprane i usłane najróżniejszymi paszami – poczynając na owsie, kończąc na cholernie drogim Havensie.
Z niesmakiem na twarzy i zupełnie na oślep chwyciłam pierwszy lepszy ręcznik, pozostawiony na boku przez, zapewne, jednego ze stajennych i zaczęłam ścierać z siebie resztki meszu. Lepkie gówno. Co mnie w ogóle naszło, żeby tak urozmaicać Kit Katowi dietę? Przecież to nie tak, że czegokolwiek mu brakowało. Niczego jednak nie miałabym sobie za złe, gdyby nie Herring i jego krzywe nogi, które, oczywiście, musiały wpaść wprost na mój żłób.
- Halo? – Oho, o wilku mowa. Drzwi paszarni uchyliły się lekko, wpuszczając do środka snop światła latarki, który na dobre parę sekund pozbawił mnie wzroku.
- Nie świeć mi tym po oczach, dobrze się czujesz? – warknęłam, chowając twarz w dłoniach, dopóki wreszcie nie przesunął latarki w prawo.
- To rusz swój szanowny tyłek i jedź już do domu, bo jak widzisz nie ma prądu i raczej nie będzie sądząc po burzy panującej na zewnątrz – burknął, a w jego głosie mogłam wyczuć coś na wzór… Irytacji? Och, wspaniale. Choć raz to nie on wkurwi mnie.
- Jechać do domu? W taką pogodę? Chyba zgłupiałeś do reszty. Mój, jak to określiłeś, szanowny tyłek tu zostaje. – Miałam szczerą nadzieję, że mimo panującego w pomieszczeniu półmroku, Herring zobaczy malujący się na mojej twarzy cyniczny uśmiech. – Chyba nigdzie ci się nie spieszy, prawda? – zapytałam, odkładając ręcznik i mijając chłopaka w drzwiach.
Ruszyłam prosto do siodlarni, by móc wreszcie przebrać usyfione bryczesy i koszulkę. Zatrzymałam się dopiero przy swojej szafce, przyświecając sobie telefonem, otworzyłam kłódkę i odsunęłam się o krok, by ze środka wypadło wszystko, co tylko mogło. Szczęśliwym trafem, tym razem na ziemi znalazło się tylko ogłowie. Ostatnie porządki miały w tym swoją zasługę. Szybko znalazłam zapasowe ciuchy, po czym odwróciłam się na pięcie, by po raz kolejny natknąć się na Daniela.
- Czy mógłbyś za mną nie łazić? Muszę się przebrać, bo jakiś cymbał wylał na mnie mesz, a tak się składa, że nie mam ochoty ściągać spodni, a tym bardziej koszulki, na twoich oczach – powiedziałam, blokując ekran i zdając się tylko na latarkę w ręku chłopaka.
- Faktycznie, o niczym innym nie marzę – bąknął, a ja bez problemu mogłam przywołać w głowie obraz jego wywracającego oczami.
- Tak też myślałam. A teraz, jeśli mógłbyś zostawić mnie na dwie minuty samą, byłabym niezmiernie wdzięczna.
- Uwierz, że gdyby nie to, że rodzice by mnie zamordowali, już dawno zamknąłbym bramę i miał kompletnie w dupie to, że tu jesteś - warknął, sprawiając, że na moje usta po raz kolejny wpełzł uśmiech. Czyli jednak się gdzieś spieszył. Cóż za miły zbieg okoliczności.
- Jakiż to pech, że utknąłeś tu właśnie ze mną - wieloletnią klientką waszej stadniny oraz córką bardzo dobrych znajomych twoich rodziców. Ty biedaku - załkałam, kładąc rękę na piersi i przybierając zbolałą minę, która, stety niestety, nie zagościła u mnie na długo. - A teraz poważnie, stań... - zawiesiłam się na moment, chwytając za ramiona kompletnie zdezorientowanego Daniela - ...tutaj i nie wchodź do siodlarni przez dwie minuty. Dziękuję.
Posyłając mu ostatni uśmiech, zatrzasnęłam drzwi przed jego nosem, a sama skierowałam się na kanapę, gdzie porzuciłam swoje rzeczy. Usiadłam na miękkim materacu i ściągnęłam kolejno buty, skarpetki i bryczesy, po czym wciągnęłam na siebie czystą parę spodni. To samo zrobiłam z koszulką i byłam gotowa do wyjścia. Na koniec znów włączyłam telefon, by zobaczyć, gdzie co leży, poskładałam wszystkie rzeczy w kostkę, włożyłam je do foliowej reklamówki i schowałam z powrotem do szafki, notując sobie w głowie, by zabrać je, kiedy będę się zbierać do domu.
Gdy wyszłam na korytarz, mój wzrok natychmiast powędrował do Daniela, stojącego przy boksie Portosa. Wałach wystawiał ku niemu pysk, co chwila trącając chłopaka po ramieniu. Przeszło mi przez myśl, że być może było to jedyne stworzenie, które faktycznie lubiło obecność Herringa, jednak przed wypowiedzeniem kąśliwej uwagi powstrzymał mnie kolejny grzmot zwieńczony efektownym błyskiem pioruna. Zadrżałam lekko, zagryzając wargę. Nie bałam się burzy. Właściwie, to je uwielbiałam, naprawdę. Jedynym, co budziło we mnie strach, był fakt, że wszystko spowiła ciemność, za którą, nie ma co urywać, nie przepadałam.
I właśnie wtedy, do głowy przyszedł mi pomysł, na który w normalnych okolicznościach nigdy bym nie wpadła. A nawet jeśli, to prędzej strzeliłabym sobie w łeb niż podjęła się jego realizacji. Tym razem jednak sytuacja była wyjątkowa, a jak powszechnie wiadomo – drastyczne sytuacje wymagają drastycznych rozwiązań.
Mając w głowie właśnie ten cytat i tocząc wewnętrzny bój z samą sobą, powolnym krokiem skierowałam się do miejsca, w którym stał Daniel. Naprawdę nie chciałam tego robić, mówić i, przede wszystkim, pamiętać, dlatego też obiecałam sobie, że jak najszybciej zaproszę do siebie Heather i razem utopimy smutki w butelce whiskey. A gdy wreszcie zebrałam się w sobie…
- Proponuję zawieszenie broni. Tylko na ten wieczór.

Daniel?

Od Amelii CD. Daniela

Brak komentarzy:
- Byle koń?! - wrzasnęłam, gdy wraz z Heather przekroczyłyśmy próg siodlarni. Z rozmachem wsunęłam siodło na stojak, po czym w kilku sprawnych ruchach otworzyłam kłódkę w szafce, wrzuciłam do niej ogłowie i zatrzasnęłam metalowe drzwiczki z taką furią, że przez chwilę byłam pewna, że wylecą z zawiasów. - Za kogo on się w ogóle uważa?! Wozi się na tej swojej chabecie, za którą nie dałabym nawet pół centa, patrzy na wszystkich z góry i łazi wszędzie z tym swoim cholernym uśmieszkiem.
- Uspokój się, Milly. Obie dobrze wiemy, że tak nie myślisz - westchnęła koleżanka, siadając na wysłużonej już kanapie. Spojrzałam na nią przelotnie, starając się utrzymać swoją bojową postawę, jednak, niestety, tym jednym zdaniem zburzyła wszystkie pozory. Odetchnęłam głęboko, zamknęłam na chwilę oczy i kręcąc głową ze zrezygnowaniem, dosiadłam się do niej.
- Oczywiście, że nie - burknęłam naburmuszona. Tym razem jednak zła byłam na samą siebie. – Portos to w końcu jeden z najlepszych koni. Widziałaś kiedyś jak skacze? Pod byle kim poszedłby N-kę bez zawahania. To wszystko jest po prostu cholernie frustrujące. No wiesz, kiedy ja wszystkie wolne od treningów dni zarywam na nocnych zmianach, Daniel zapewne imprezuje z kumplami albo… Nie mam pojęcia, co robią te wszystkie bogate gnojki. Kiedyś muszę go o to zapytać.
Ciche prychnięcie wydostało się spomiędzy ust Heather, sprawiając, że i na mojej twarzy zagościł nikły uśmiech, którego nie potrafiłam poszerzyć, choćbym nie wiem jak chciała. Mimo całej tej maski, pokazującej jak bardzo w dupie miałam zdanie Daniela i całą jego osobę, nadal co nieco czułam. Powiedziałabym wręcz, że zbyt wiele. Non stop rzucał coraz to nowsze komentarze na temat mój i mojego konia, co doprowadzało mnie do szewskiej pasji. I choć wiedziałam, że w znacznej większości przypadków sama go do tego prowokowałam, nadal w jakimś stopniu mnie to dotykało.
Właśnie tamtego wieczoru, po dobrych kilku latach większych lub mniejszych kłótni, przeważył szalę goryczy. Fakt faktem, miałam wiele wad, ale moja cierpliwość od zawsze wydawała się niemal nieskończona. A jednak stwierdzeniem „byle jaki koń” dotarł do jej granicy. Tak, jak zazwyczaj spływało po mnie, co miał do powiedzenia, tak tym razem, wyprowadził mnie z równowagi do tego stopnia, że miałam ochotę go rozszarpać. Czułam, jak moje policzki płoną ze złości. W środku cała się gotowałam, a widok jego cholernego uśmieszku wcale nie poprawiał sytuacji. Wręcz przeciwnie – coraz bardziej chciałam wybić mu te irytująco równe i śnieżnobiałe zęby. W zasadzie, jedynym, co powstrzymywało mnie przed tym, by zejść z konia i rzucić się na Daniela z pazurami, był fakt, że nie miałam szczególnej ochoty na szukanie nowej stajni.
Moje przemyślenia przerwał dzwonek telefonu Heather. Dziewczyna wyciągnęła komórkę z kieszeni, zamieniła parę słów z rozmówcą, po czym rozłączyła się i spojrzała na mnie z ukosa.
- Mama coś ode mnie chce i czeka przy stajni – powiedziała, podnosząc się z miejsca. – Zaraz wrócę.
- Będę przy boksie Kit Kata. Muszę rozpisać stajennym nową dietę i godziny w karuzeli – burknęłam i również wstałam, przy okazji sięgając po leżące na stole zeszyt oraz długopis.
Powłócząc nogami, udałam się najpierw do paszarni, by wziąć przygotowane wcześniej wiadro meszu, a stamtąd udałam się wprost do wałacha, który akurat moczył nos w poidle. Odstawiłam plastikowy żłób na ziemię, oparłam łokcie na półściance i z bladym uśmiechem na ustach wbiłam wzrok w gniadego. Był jedną z nielicznych „rzeczy”, które trzymały mnie przy zdrowych zmysłach. Gdyby nie on, już dawno kogoś bym rozszarpała. Czy to po nieudanych startach, treningach, terenach, czy przy wszelkich kłótniach z pracownikami lub pensjonariuszami w stajni – on był tym, dla czego nadal nie zrezygnowałam z tego cholernego sportu.
Z cichym westchnieniem, osunęłam się na podłogę, usiadłam po turecku przy drzwiach boksu i założywszy luźne kosmyki włosów za uszy, otworzyłam notatnik i zaczęłam dokładnie wypisywać nazwy pasz, miarki i częstotliwość. Dokładny jadłospis na rano, południe i wieczór, oraz tygodniowa rozpiska stępa w karuzeli – wszystko w sposób, jaki zalecił lekarz po ostatniej, niewielkiej, bo niewielkiej, ale jednak, kontuzji.
Przygryzłam końcówkę długopisu, po raz czwarty sprawdzając, czy oby na pewno wszystko się zgadzało i czy wszystko napisane zostało wyraźnie i wystarczająco przejrzyście. Nasi stajenni zdecydowanie nie grzeszyli inteligencją, więc nie chciałam dodatkowo utrudniać im pracy i narażać własnego konia na jakiekolwiek szkody. Już niejednokrotnie zdarzyło się, że pomylili ilość owsa z musli lub przypadkowo podali biotynę zamiast elektrolitów, więc wolałam dokładnie zaznaczyć co, kiedy i gdzie wsypywać.
Po raz ostatni rzuciłam okiem na zapisaną stronę, wyrwałam kartkę z zeszytu i już, już miałam się podnosić, gdy nagle usłyszałam głuchy stukot, pojedyncze przekleństwo i bum! – tak oto całe moje bryczesy, rozpiskę oraz pół koszulki spowił mesz. Lejący, kleisty i niezbyt przyjemnie pachnący mesz.
- Ja pierdolę – usłyszałam obok właśnie w chwili, gdy przeniosłam rozwścieczone spojrzenie na leżącego obok Daniela, to jest sprawcę całego tego bałaganu. – Dopiero co pastowałem to siodło.
- Siodło? – powtórzyłam, dopiero po chwili zerkając na porzucony w pobliżu ekwipunek (również w całości pokryty meszem). – Dopiero co prałam i bryczesy, i koszulkę oraz dopiero co napisałam tą cholerną rozpiskę. Och, i zapomniałabym, wczoraj pół wieczoru robiłam pierdolony mesz, który właśnie rozlałeś.
- Mogłaś nie stawiać go na środku stajni.
- Mogłeś uważać, jak łazisz, ty pazerny matole! – warknęłam, starając się panować nad nerwami, by przypadkiem nie zwrócić na nas uwagi kursantów, siodłających konie w pobliżu. Winny całej sytuacji podniósł się z ziemi, przetarł obolałe kolana, podniósł upuszczony sprzęt i po raz kolejny tego dnia spojrzał na mnie z góry.
A ja już wiedziałam, że szykowała się kolejna wielka sprzeczka.

Daniel? XD

Od Amelii CD. Eleonory

Brak komentarzy:
Tego dnia miałam wyjątkowo dobry humor. Sama nie wiedziałam, co się ze mną stało. Może "wstałam prawą nogą", a może po prostu uradował mnie fakt, że Daniela nie było nigdzie na horyzoncie. Cokolwiek się do tego przyczyniło, efekt był jeden - nieznikający z twarzy uśmiech, od którego powoli zaczynały mnie boleć policzki.
W stajni byłam od samego rana. Zdążyłam już zaliczyć wyjątkowo udany teren, opłukać Kit Kata, który na leśnych ścieżkach upaprał się w znacznie mniejszym stopniu niż przypuszczałam oraz załatwić papiery potrzebne do startów w tym sezonie. Wszystko szło jak po maśle, co w moim przypadku było czymś niespotykanym. Gdyby był to zwyczajny dzień, zapewne gniadosz wystraszyłby się własnego cienia, wpadł w największą kałużę na trasie, a kurier pomyliłby adresy i nie dostałabym licencji. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca!
Nucąc pod nosem "Yellow" i maszerując do rytmu, skierowałam się wprost do boksu Kit Kata, po drodze mijając Heather, która akurat wyprowadzała Squaw na ujeżdżalnię. Po jej minie widziałam, że moje radosne zachowanie dziwiło ją nawet bardziej niż mnie samą. Najwyraźniej ostatnimi czasy zbyt rzadko się uśmiechałam. W zasadzie, od pewnego czasu nie miałam najmniejszej ochoty na jakiekolwiek żarty, śmiechy i chichy, więc faktycznie - widok uśmiechu na mojej twarzy mógł być uznany za coś niezwykłego.
Przyjaciółka nie odezwała się jednak ani słowem. Po prostu uniosła lekko brwi, pokręciła głową i prychając cicho, minęła mnie i bez żadnych więcej przystanków udała się na padok. Ja z kolei stałam przez chwilę, patrząc, jak znika za rogiem stajni. Kilka sekund zajęło mi otrząśnięcie się i znów ruszyłam do boksu swojego konia, kontynuując ciche nucenie. Już już sięgałam do zasuwy w drzwiach, gdy nagle...
- Cześć! - Usłyszałam tuż obok, przez co wzdrygnęłam się lekko. - Jestem Eleonora, a ty?
Eleonora?, powtórzyłam w głowie. Jak Eleanor? Ellie? El? Na chwilę zaniemówiłam, wpatrując się w dziewczynę przede mną z rozdziawionymi ustami. Przyjrzałam się jej piegowatym policzkom, dużym oczom i krótkim rudym włosom, które najbardziej przykuwały uwagę. Dopiero kiedy odchrząknęła cicho, patrząc na mnie z wyraźną niepewnością, otrząsnęłam się i znów przywołałam na twarz uśmiech.
- Amelia. Wybacz, zamyśliłam się - zaśmiałam się pod nosem, spuszczając wzrok na podłogę. - Więc, kolejna nowa, hm? Ostatnio mamy strasznie dużo przyjezdnych. Aż się zastanawiam, ilu z nich zostanie na stałe, a ilu wyjedzie po sezonie. Sama jestem tutaj od jakichś trzech, może nawet czterech lat i tylu ich się tu przewinęło, że... - urwałam wpół słowa, przymykając oczy. - Przepraszam, zazwyczaj nie jestem tak rozmowna. To po prostu... Taki dzień.
Posłałam dziewczynie kolejny uśmiech, który tym razem postanowiła odwzajemnić. Mimo wszystko odniosłam wrażenie, że w pewnym stopniu ją onieśmieliłam. Zresztą, co się dziwić? Taka paplanina onieśmieliłaby każdego normalnego człowieka. To, że plątałam się we własnych myślach onieśmielało nawet mnie samą. Tego dnia naprawdę nie zachowywałam się jak ja. Byłam o wiele pozytywniej nastawiona do... Właściwie wszystkiego.
- Także, od początku. Amelia. Po prostu, jestem Amelia.

Eleonora? Troszkę się pomieszałam, tak przez zmęczenie :')

Od Amelii CD. Heather

Brak komentarzy:
Jazda z "Panem Idealnym". Świetnie, tylko tego mi brakowało. Jak gdyby nie wystarczał fakt, że ledwo dogadywałyśmy się z Heather co do podziału ujeżdżalni, musiał się wpieprzyć jeszcze on. Przecież to nie tak, że nie zamawiałyśmy hali wcześniej. Gdybyśmy robiły to na ostatnią chwilę, mogłabym dzielić się placem z kim bądź - nawet z Danielem. Po prostu jak nic innego denerwował mnie brak przygotowania. A tak się składało, że przygotowałam się na jazdę w dwie osoby, nie trzy.
W wyjątkowo złym humorze wprowadziłam Kit Kata na ujeżdżalnię i zatrzymałam się na środku. Sprawdziłam popręg, ściągnęłam wodze na szyi, wsadziłam stopę w strzemię i przytrzymując się przedniego i tylnego łęku, odbiłam się od ziemi, by już po kilku sekundach usiąść w siodle. Poprawiłam swój dosiad, po czym poluzowałam wodze i docisnęłam łydki, by ruszyć wałacha stępem na ścianę, gdzie swoją rozgrzewkę zaczynali również Heather i, rzecz jasna, Daniel.
Rozciągnęłam się na boki i po kilku minutach wjechałam na mniejszy fragment placu, by zakłusować i zacząć wreszcie mocniejszą pracę. Co prawda o skokach nie było mowy - na pewno nie na hali, ale jazda na płaskim nie oznaczała, że zamierzałam w jakimkolwiek stopniu odpuszczać; a już na pewno nie teraz, kiedy byliśmy w szczytowej formie. Na najbliższą godzinę zaplanowałam sporo zmian tempa i naukę tych nieszczęsnych kontrgalopów oraz chodów bocznych, z którymi Kit Kat miał tak znaczące problemy.
Nim jednak na dobre rozkłusowałam konia, zaczęły się problemy. I o dziwo, ich prowodyrką nie byłam ja. Nawet nie Daniel ani Hearter. Problemem stała się pogoda, a dokładniej rzecz ujmując - burzowe chmury, którymi dotąd słoneczne niebo zasnuwało się coraz szybciej, oraz dochodzące z oddali grzmoty. Wystarczył pojedynczy huk, by uwaga wałacha ze mnie przeniosła się na drzwi od hali i warunki panujące za nimi. Wyszedł z ustawienia, coraz słabiej powłócząc nogami i zadzierając głowę, by rzucić niespokojnym okiem na ciemne chmury.
- Hej, matołku, nie udawaj, że się boisz - mruknęłam, zbierając wodze i pracując mocniej wewnętrzną łydką, by z powrotem podstawić zad. W ramach buntu, gniadosz zarzucił kilkukrotnie łbem, by koniec końców uspokoić się i pozwolić mi z powrotem przejąć kontrolę. Zrobiliśmy kilka okrążeń na kole, by potem wyjechać z powrotem na długą ścianę i zabrać się za dodania. Krótkie ściany - skrócony kłus w pełnym siadzie, długie - wyciągnięty anglezowany - typowy układ, stosowany na moich jazdach.
- Dostanę na chwilę pierwszy ślad? - dobiegł mnie głos z drugiej strony ujeżdżalni. Zerknęłam od niechcenia na chłopaka, by z cichym westchnieniem zrobić półparadę, przejść do stępa i zjechać do środka, gdzie Heather w najlepsze kręciła wolty, najwyraźniej starając się uspokoić Squaw.
Ja z kolei korzystając z chwili stępa, oddałam Kit Katowi wodze, by mógł przejść parę metrów swobodnym krokiem. Dopiero po kilku minutach, gdy Daniel ogłosił, że możemy wrócić na ścianę, z powrotem złapałam kontakt, wykręciłam nieco zbyt ciasną półwoltę i wyjechałam kłusem na linię środkową, by zagalopować przy wyjeździe na bandę. Naprowadziłam gniadosza na ścieżkę i właśnie przy pierwszych foule zaczęła się zabawa. Po dwóch dniach w boksie, wałach postanowił pokazać różki i dwukrotnie strzelić z zadu, niemal wysadzając mnie z siodła. Wystarczyła jednak pojedyncza mocniejsza łydka, by przywołać go do porządku i wrócić do normalnego trybu pracy.
Gdy po pełnym okrążeniu, Kit Kat wreszcie się uspokoił, postanowiłam spróbować pobawić się nieco z kontrgalopami. Zjechałam z długiej ściany do jednej trzeciej szerokości ujeżdżalni, by po chwili ustawić go na lewo i wrócić do ściany. Niestety, powtórzył się ten sam numer, co zawsze - wystarczyła krótki sygnał, by wałach zrobił niechcianą lotną. I dokładnie to samo zrobił jeszcze trzy razy, by w końcu, przy piątym podejściu, gdy zdążyliśmy już zmienić kierunek, wykonać ćwiczenie poprawnie. Mogłam wreszcie odetchnąć z ulgą i przejść do luźnego kłusa. W głowie odnotowałam, by ustępowania i trawersy przenieść na następną jazdę.
Kiedy w końcu przysiadłam w siodle i zwolniłam konia do stępa, zorientowałam się, że gdy mnie pochłonęły kolejne elementy treningu, na zewnątrz zaczęło lać jak z cebra, a pozostała dwójka na koniach, w najlepsze rozmawiała o czymś na drugim końcu hali.
- I co, zawadzałem ci aż tak, jak przewidywałaś? - zapytał Daniel, gdy przejeżdżałam obok. Rzuciłam mu pojedyncze spojrzenie i wzruszyłam jedynie ramionami. Choćbym nie wiem, jak chciała, zwyczajnie nie mogłam się do niego przekonać. Coś mi w nim nie grało i nie było na świecie siły, która zmieniłaby moje zdanie. Takie przynajmniej odnosiłam wrażenie.
- Nie wiem jak wy... - zaczęła Heather, przenosząc wzrok zza drzwi na nas. - Ale mi się nie widzi wychodzić teraz na zewnątrz.
Znów zerknęłam na obraz malujący się poza ujeżdżalnią i cudem zdusiłam w sobie niezadowolony jęk, widząc, że strugi deszczu coraz zacinały coraz mocniej, a grzmoty i błyskawice stawały się coraz częstsze. Tylko tego mi brakowało w całym tym dzisiejszym rozgardiaszu.
- Niby z cukru nie jesteśmy... - powiedziałam dokładnie w momencie, gdy kolejny piorun trzasnął w pobliżu. - Ale z drugiej strony, tutaj mi całkiem dobrze - dodałam szybko, starając się nie dać po sobie poznać lekkiej obawy o własne życie. Czułam się, jakbyśmy nagle znaleźli się w epicentrum cholernej nawałnicy.

Daniel? Heather?

Od Amelii CD. Damiena

Brak komentarzy:
Przyjrzałam się dokładniej nowemu. Był dobrze zbudowany i cholernie wysoki. Albo po prostu odnosiłam takie wrażenie przez to, że sama byłam mikrusem. Przez swoją dość ciemną karnację i brązowe oczy przypominał nieco Hiszpana, co w Wielkiej Brytanii nie było częstym widokiem. Założyłam ręce na piersi, taksując krytycznym wzrokiem zarówno chłopaka, jak i jego konia. Krępy quarter zdecydowanie nie był zadowolony faktem, że ktoś na nim siedzi.
- Chcieć nie chcę, ale skoro nie wiesz, co i jak, to mogę ci poświęcić chwilę - odparłam od niechcenia, opierając się o najwyższą belkę w ogrodzeniu. - Jestem Amelia - dodałam.
Stety niestety, z kontynuacji rozmowy nic nie wyszło, ponieważ wierzchowiec Damiena znów zaczął wariować. Rzuciłam szybkie "znajdź mnie, kiedy skończycie" i nie czekając na odpowiedź, ruszyłam do stajni. W planach miałam bowiem generalne porządki w szafce i długą kąpiel dla Kit Kata, który ostatnimi czasy z każdego padokowania wracał obklejony błotem.
Swoje kroki skierowałam więc do siodlarni, by tam zaszyć się przy metalowej skrytce. Przed otworzeniem jej, wzięłam głęboki oddech, szykując się w myślach na to, że gdy tylko uchylę drzwiczki, zostanę zasypana smaczkami, sprzętem do czyszczenia, częściami rzędu i zapasowymi ciuchami. W takich właśnie chwilach zastanawiałam się, jakby to było zmienić swoje nawyki i nagle stać się porządnym człowiekiem. Niestety, na tak diametralną zmianę nie było nawet najmniejszych szans. Godząc się z własnym losem, odblokowałam kłódkę, przekręciłam zasuwkę i... Tak, jak się spodziewałam - uderzyła we mnie tona rzeczy.
Westchnęłam ciężko, siadając na podłodze i mozolnie zaczynając zbierać porozrzucany ekwipunek. Segregowałam wszystko, a przynajmniej starałam się to robić, układając i wieszając kolejne przedmioty na coraz to wyższych półkach i wieszakach, a co poniektóre wrzucając bezpośrednio do kosza. Wewnątrz szafki znalazłam dosłownie wszystko. Zgrzebła, paski od wytoków i ogłowi, nieużywane od dawna ostrogi, całe mnóstwo końskich przysmaków i, o zgrozo, nawet niedojedzoną sałatkę sprzed kilku dni.
Chyba naprawdę potrzebowałam paru zmian w życiu.
Generalne porządki zakończyłam po niemal czterdziestu minutach ciągłej męczarni z przekładaniem wszystkiego z miejsca na miejsce. Od siedzenia po turecku nogi zdążyły mi ścierpnąć, a plecy rozboleć jak rzadko kiedy, przez co wstając, aż zaklęłam pod nosem. Marzyłam już o powrocie do domu, gorącej kąpieli i ciepłym łóżku, jednak bądź co bądź, zobowiązałam się oprowadzić nowego, więc nie zamierzałam wystawiać go do wiatru.
Zerknęłam na zegarek, by zorientować się, ile jeszcze czasu zostało mi do kolejnego busa. Była dwunasta osiemnaście, więc miałam dokładnie półtorej godziny na załatwienie wszystkiego i dojście na przystanek.
Licząc w głowie co ile mi zajmie, chwyciłam kantar Kit Kata i skierowałam się prosto do jego boksu, by po chwili wyprowadzić wałacha na myjkę. Przywiązałam uwiąz do metalowej belki, po czym odkręciłam wodę i powoli zabrałam się za opłukiwanie ubłoconych nóg gniadosza. Naprawdę nie wiedziałam, co w niego ostatnio wstąpiło. Nasza współpraca zaczęła się dobre sześć lat wcześniej i nigdy nie zdarzało się, by wracał do stajni tak upaprany. Swego czasu zauważałam w tym nawet niezłą ironię - fleja trafiła na konia pedanta. Niestety, wszystko wskazywało na to, że powoli dziedziczył po mnie coraz to nowsze cechy.
- Znalazłem cię - usłyszałam za sobą i aż podskoczyłam w miejscu, przez przypadek oblewając pysk Kit Kata, swoją koszulkę i spodnie chłopaka, który wytrącił mnie z zamyślenia.
- Nie strasz mnie tak! - warknęłam, głaszcząc po chrapach nadal zaskoczonego moją nagłą reakcją wałacha. - Nie zachodzi się mnie od tyłu. To elementarna zasada.
- Wybacz - mruknął, posyłając mi przepraszający uśmiech. - Mówiłaś, żebym przyszedł, kiedy skończę, więc oto jestem - dodał z niespotykanym entuzjazmem. Świetnie, najwyraźniej znów trafiłam na zbyt pozytywnego pana.
- Daj mi chwilę, opłukam tylko grzbiet i jestem wolna - westchnęłam ciężko. I tak oto plan porządnej kąpieli Kit Kata poszedł się jebać. - Może idź w tym czasie się przebierz, co? - zaproponowałam, raz jeszcze zerkając na jego przemoczone spodnie.

- No więc, po kolei - zaczęłam, gdy odstawiłam konia do boksu, zmieniłam koszulkę (której wyjątkowo nie musiałam szukać po całej szafce) i wróciłam do lekko zniecierpliwionego chłopaka. - Po lewej toalety, po prawej paszarnia. Zgniatarka do owsa jest na zewnątrz, obok silosów, ale wątpię, żebyś musiał z niej korzystać, stajenni karmią konie, musisz tylko zawiesić rozpiskę na boksie konia. Siano i słoma są na poddaszu. Po prawej mamy siodlarnię. Jeśli chcesz, pod oknem jest jeszcze parę wolnych szafek. Najpierw jednak radzę załatwić sobie porządną kłódkę, bo niektóre ze stajennych gwiazd nie rozumieją pojęcia prywatności. Po lewej stronie korytarza stoją konie rekreacyjne, po prawej prywatne. Myjkę mamy z tyłu, co zresztą zdążyłeś już zauważyć, a solarium, niestety, chwilowo nie czynne, jest przy wejściu na halę. Właśnie, co do hali, radzę zamawiać godziny ze sporym wyprzedzeniem, bo niektórzy mają tendencję do wpieprzania się tam, gdzie ich nie chcą. Nie ma za to problemu, jeśli chodzi o ujeżdżalnie. Z racji tego, że są aż cztery, dla każdego znajdzie się miejsce. - Wzięłam głębszy oddech, chwilę myśląc nad tym, co jeszcze mogłabym powiedzieć. - Budynek obok jest w całości przeznaczony dla pensjonariuszy. Coś w rodzaju wspólnego salonu, ale raczej rzadko z niego korzystamy. Na górze są dostępne pokoje, więc w razie potrzeby można zostać na noc i... W zasadzie to tyle. Jakieś pytania?

Damien? Co Ty na ten monolog?

Od Amelii

Brak komentarzy:
- Tato, czy moglibyśmy wreszcie wyjść? - zapytałam po raz piąty w ciągu ostatnich dziesięciu minut. Albo mi się zdawało, albo mój ojciec nagle ogłuchł. Przynajmniej na moje nawoływania. Doskonale wiedział, że zarezerwowałam halę na dziewiętnastą, więc w stajni powinnam być co najmniej godzinę wcześniej, by wszystko na spokojnie przygotować. Tymczasem zegarek pokazywał siedemnastą czterdzieści dwie, a biorąc pod uwagę, że droga do stadniny zajmowała pół godziny bez korków, miałam przynajmniej piętnaście minut obsuwy.
- No już, już, córcia. Gdzie ci się tak spieszy? - zapytał, jak gdyby faktycznie nie wiedział, o co chodziło. Zerknęłam na niego spode łba, ostatkiem sił hamując nerwowe drganie powieki. Kto jak kto, mój tata zawsze potrafił skutecznie wyprowadzić mnie z równowagi.
- Pamiętasz Heather? No wiesz, jasnobrązowe włosy, piwne oczy, trochę niższa ode mnie... - zaczęłam, gdy ojciec wreszcie zgarnął kluczyki i zarzucił na ramiona flanelową koszulę. Zamyślił się na chwilę, by po paru sekundach pokiwać głową w odpowiedzi na moje pytanie. - Właśnie ta oto niepozorna osóbka poderżnie mi gardło, jeżeli nie pojawię się na jeździe punktualnie. Dużo czasu zajęło mi dojście do tego, jak się z nią dogadać i nie zamierzam pozwolić, żebyś popsuł moje dzieło.
- Spokojnie, będziemy na czas. - Machnął lekceważąco ręką, a ja zazgrzytałam zębami.
- Pewnie, o ile masz cholerny śmigłowiec - warknęłam, zatrzaskując za sobą drzwi. Zapięłam pas, nasunęłam okulary na nos i kompletnie naburmuszona oparłam czoło na szybie, obmyślając kolejne wymówki. Korki były zbyt banalne - mogłam je przewidzieć i wyjechać wcześniej. Musiałam znaleźć coś, co przekonałoby każdego. Problem jedynie w tym, że moja wyobraźnia... Jakby to ująć... Nie była zbyt wybujała, o. W zasadzie, praktycznie w ogóle nie istniała. Rzecz jasna, czasem zdarzało mi się myśleć o niebieskich migdałach, jednak, nie oszukujmy się, nie śniłam o jednorożcach, magicznych krainach i domach z piernika. Szczytem moich dziecięcych marzeń było dostać się na University College of London i, no cóż, ta jedna rzecz mi się udała.
- I widzisz, jesteśmy na miejscu. Dwie minuty przed czasem - dobiegł mnie głos z siedzenia obok. Otrząsnęłam się nagle, rozglądając się wokół. Faktycznie, staliśmy na żwirowym podjeździe, mając idealny widok na przeludnione ujeżdżalnie.
- Dzięki ci, boże, za ojca rajdowca - bąknęłam, wysiadając z samochodu. - Z powrotem zabiorę się z Heather, na razie!
Trzasnęłam drzwiami i puściłam się biegiem w stronę stajni. Zwolniłam tempa dopiero przy wielkich, drewnianych drzwiach, gdzie już czekała na mnie niezadowolona dziewczyna. Bez większego entuzjazmu oddała mój powitalny uścisk, po czym ruszyła wraz ze mną do boksu mojego konia.
- Zgadnij, kto próbuje przekabacić właścicieli i wpieprzyć się na naszą godzinę - powiedziała, zaplatając ręce na piersi i opierając się o ścianę.
- Jeżeli myślimy o tej samej osobie, przysięgam, że już jest martwy - warknęłam, wyjmując ze skrzynki zgrzebła. Heather jedynie uśmiechnęła się pod nosem, dając mi stuprocentową pewność, że to właśnie Daniel Herring gadał z własnym ojcem, by ten wcisnął go na naszą jazdę. Nawet jeśli oczywistym było, że niespecjalnie lubił to, co robił, potrafił znaleźć w tym garstkę zabawy. Najlepiej poprzez denerwowanie mnie.
Starając się zignorować fakt, że synalek właścicieli znów starał się zaleźć mi za skórę, zaczęłam czyścić posklejaną sierść Kit Kata. Zazwyczaj nieskazitelnie czysty gniadosz, akurat dziś postanowił zaszaleć na pastwisku i obejść wszystkie możliwe kałuże pozostałe po ostatnich deszczach. Bądź co bądź - to w końcu Anglia. Dzień bez deszczu byłby przecież dniem straconym. Dlatego też postanowiłyśmy zarezerwować tą nieszczęsną halę.
- Oho, zbliża się - mruknęła dziewczyna, zostawiając mnie samą i przechodząc na stanowisko Squaw. Ja z kolei, stanęłam oko w oko z obiektem mojej szczerej nienawiści.
- Co tam, Whitehall, czyżbyśmy jeździli razem? - zapytał, szczerząc się jak głupi do sera.
- Po co? Żebyś zaniżał poziom? Raczej podziękuję - odparłam od razu, posyłając mu jeden z najbardziej nieszczerych uśmiechów, na jakie było mnie stać. Ten jedynie puścił do mnie oczko i poszedł dalej. Puścił oczko. Chyba niebawem mu je wydłubię.
- Fiu, fiu, lecą iskry. - I nagle, znikąd, przy moim boku znów pojawiła się Heather.
- A niedługo poleje się krew - warknęłam, wracając do czyszczenia gniadosza. Wieczór, który nie zapowiadał się najgorzej, zdawał się pogarszać z każdą mijającą minutą.

<Heather?>


Szablon dostosowany do przeglądarki internetowej Google Chrome. ©Agata | WS | x x.