+

Archiwum

Etykiety

Aleksandra (2) Alexandra (2) Allijay (2) Amelia (11) Ashley (9) Ashton (2) Aspen (6) Astrid (2) Aviana (1) Carmen (7) Carter (2) Cole (7) Cruz (1) Damien (2) Daniel (16) Delfina (2) Dezydery (1) Eden (3) Eleonora (2) Elizabeth (2) Gabrielle (3) Giselle (2) Gwen (3) Harry (3) Heather (6) Igor (1) Iris (1) Jack (2) Jean (1) Josephine (2) Leo (2) Liam (1) Luke (1) Maxine (3) Naomi (1) Naomi Sullivan (1) Nowa postać (50) Olivier (2) Raven (1) Rebeca (1) Skylar (1) Sophie (2) Steven (1) Thomas (2) William (1)

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cole. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cole. Pokaż wszystkie posty

Od Cole'a CD. Gabrielle

Brak komentarzy:
Przez moment biegliśmy łeb w łeb, gdy coś na rodzaj sarny wybiegło nam przed nosy i przecięło drogę zostawiając po sobie tylko odciski racic na piaszczystej drodze. Vida gwałtownie stanęła i zarżała. Zdziwiłem się, że nie zrobiła nic więcej, bo przecież żadne z nas nie było gotowe na taką zmianę akcji. Dyszała ciężko, a jej klatka piersiowa unosiła się szybko od gwałtownego oddechu. Potrząsała gwałtownie łbem i przestępowała z nogi na nogę. Jednak Bucefał, ogier Gabrielle, nie zachował się spokojnie jak klacz, którą dosiadałem. Zakołysał się na tylnych nogach, rżąc przestraszony. Dziewczyna z łoskotem spadła na ziemię. Ogier opadł ciężko na miękką trawę kilka metrów dalej. Popędziłem Vidę i podbiegliśmy do niego. Zauważyłem białka jego oczu mimo to, iż powoli się uspokajał. Nie było mi łatwo złapać przestraszonego ogiera i prowadzić jednocześnie nie do końca uspokojoną Vidą. Po chwili jednak gdy już pewnie siedziałem w siodle i trzymałem na wodzy Bucefała spojrzałem na Gabrielle, która zataczała się jak pijana i usiłowała dojść do siebie po upadku. Podeszła do mnie chwiejnym krokiem i złapała wodze swojego ogiera. Szepnęła coś do niego, po czym ogier powoli i miarowo zaczął się uspokajać i dochodzić do siebie.
- Dziękuję. - odparła i spojrzała na mnie z ulgą w oczach - Gdybyś go nie złapał pewnie musiałabym za nim latać po całym lesie.
- Nie ma za co- zaśmiałem się.
Co zdziwiło mnie w wierzchowcu Gabrielle? Koń był dosyć silny jak na konia takowej rasy.
Dziewczyna powoli, ale z gracją wsiadła na konia. Nie byłem co do tego pewny. Gdyby znów spadła mogło by się to źle skończyć. Poklepała samca przyjacielsko po szyi i zwróciła się do mnie z pytaniem.
- Co to tak właściwie było?
Sam do końca nie wiedziałem. Był to przecież ułamek sekundy, a reakcje naszych podopiecznych nie pozwoliły tym bardziej na określenie "tego czegoś". Sadząc po terenach zapewne była to sarna.
- Pewnie sarna- odparłem wzruszając ramionami- Może wracamy?- dodałem po chwili
- A to niby dlaczego? - spytała.... lekko oburzona?
- Myślisz, że jak spadnę przez jakiegoś głupiego jelonka to zemdleje na miejscu i już nie wstanę?- skończyła z dosyć charakterystycznym błyskiem w oku.
- No, na taką wyglądałaś. - uśmiechnął się i popędziłem Vidę do kłusa
Klacz bardzo chętnie na to przystała. Dziewczyna na Bucefale ruszyła w ślad za mną. Postanowiłem i tak udać się w drogę powrotną do stajni. Gabrielle - z tego tytułu, że była nowa - nie miała pojęcia gdzie jedziemy tak naprawdę.
- Gdzie jedziemy? -spytała po chwili zrównując się ze mną i Vidą
Przewróciłem oczami i uśmiechnąłem się.
- Będzie lepiej jak nie będziesz zadawała tyle pytań- powiedziałem i skręciłem w ledwo widoczną, leśna ścieżkę.

<Gabrielle? Sorki, że krótkie, ale to przez szkołę i brak czasu .--.>

Od Cole'a CD. Gabrielle

Brak komentarzy:
Wtuliłem twarz w poduszkę. Było mi zimno. Pewnie dlatego, iż w nocy kołdra zsunęła się z łóżka na podłogę, a do tego do środka dostał się dość chłodny podmuch wiatru. Pewnie z uchylonego okna, które było otwarte przez noc. Pastelowe światło dostało się do środka wnętrza. Zwiesiłem nogi z łóżka. Zegar wskazuje 6:25. Kto normalny tak wcześnie wstaje? Wiedziałem, że już nie zmrużę oka. A na dodatek burczało mi w brzuchu. Wstałem i powędrowałem jak najciszej do drzwi, po drodze zabierając ze sobą rzeczy potrzebne do stajni.

Zszedłem na dół. Gotowy do drogi. Wszyscy jeszcze spali. Zjadłem śniadanie i wyszedłem z domu. Na rowerze kierowałem się drogą wprost do stajni.

~*~

Wszedłem leniwym krokiem do budynku. Zerknąłem na zegarek. Była 6:56. Gdzieś dalej mignęły mi dwie sylwetki innych osób. Udałem się prosto do siodlarni. Wziąłem osprzęt Vidy i ruszyłem z nim do jej boksu. Stanąłem przed drzwiami do boksu. Klacz stała na drugim końcu z przymrożonymi oczami. Nie spała. Odłożyłem osprzęt niedaleko boksu i cicho wszedłem do środka. Vida podniosła łeb i spojrzała na mnie, wydając dodatkowo cichy pomruk. Uśmiechnąłem się pod nosem i pogłaskałam klacz po pysku. Nie chciało mi się jej wyprowadzać więc wyczyściłem i osiodłałem samicę w boksie.
Po skończonej pielęgnacji i przygotowaniu konia do jazdy wyszedłem z nią na zewnątrz. Vida zdążyła się rozbudzić i na powrót, tak jak co dzień, tryskała z niej energia. Postanowiłem, że udam się na plac i poćwiczę trochę jazdę płaską. Dawno tego nie robiliśmy, a od małej przerwy w sokach nic się jej nie stanie. Klacz ruszyła ochoczym krokiem przed siebie. Płac był pusty. Godzina mówiła sama za siebie. Wjeżdżając na płac ponagliłem Vidę do kłusa, na co bez wahania zareagowała i przeszła do odpowiedniego chodu. Porobiłem z nią parę ósemek, kilka serpentyn i przede wszystkim lotną zmianę nogi. Potem przeszliśmy do wolt. Ćwiczyłem na klaczy wolty od kilku minut, a przy płocie pojawiła się jakaś dziewczyna na grzbiecie konia. Zapewne swojego, bo nie był to koń szkółkowy z tego co kojarzyłem. Jednakże samej dziewczyny nie znałem. Najprawdopodobniej była nowa.
- Można? - spytała.
Zatrzymałem klacz i oddałem jej więcej wodzy, aby na chwile się rozluźniła. Niedługo i tak chciałem kończyć, bo Vida zdecydowanie nie jest mistrzynią jazdy płaskiej. Ja w sumie też lepiej czuje się w skokach.
- Jasne - odparłem z lekkim uśmiechem
Dziewczyna przedstawiła się. Ja nie pozostałem winny. Po chwili ciszy ruszyłem dalej, bo Gabrielle, jak się okazało, nie miała już nic do powiedzenia. Sama potem ruszyła swojego konia i zaczęła wykonywać z nim ćwiczenia. Po około 15 minutach postanowiłem już skończyć. Jednak wychodząc, Gabrielle miała inną propozycję.
- Cole? - spytała dość nieśmiało. - Może miałbyś chęć pokazać mi tereny? U mnie nie było tak zielono- zaśmiała się
Vida nie była bardzo zmęczona i spocona. A widać było, że mały teren po treningu jej się spodoba.
Dziewczyna dalej czekała na moją odpowiedź. Przytaknąłem po krótkiej chwili namysłu. Opuściliśmy nasze miejsce ćwiczeń.
- Możemy pojechać ścieżką przez las. Gdy dojedziemy na jego skraj będzie można zobaczyć Little Amwell.
Dziewczyna uśmiechnęła się nieśmiało i przytaknęła. Skierowaliśmy nasze konie w stronę lasu, który powoli przestał emanować swoją intensywnie soczystą zielenią i zmieniać barwy. Jechaliśmy wydeptaną i dosyć szeroką ścieżką. Nasze konie spokojnie mieściły się obok siebie. Zauważyłem, że ogier Gabrielle był czystej krwi arabem. Bardzo żywy i pewnie uparty. Jak większość arabów - temperamentny. Jechaliśmy już od dłuższej chwili w ciszy. Zerknąłem na dziewczynę. Wydawała się zamyślona. Koń na którego grzbiecie siedziała chyba wyczuł, że nie jest skoncentrowana i ruszył szybszym, żwawszym stępem. Vida lekko szarpnęła za wodze, chcąc dogonić nowego towarzysza. Pozwoliłem jej na to, tym samym od razu dając jej sygnał aby przeszła do kłusa. Nie sprawiło jej to większych problemów i płynnie przeszła do szybszego chodu. Wyminęliśmy spokojnie Gabrielle, która wróciła już na ziemię i spojrzała na mnie, na oddalającej się Vidzie. Zerknąłem przez ramię i zobaczyłem araba płynnie biegnącego ku nam.

<Gabrielle? Możesz rozwinąć akcję :3 >

Od Cole'a CD. Carmen

Brak komentarzy:
Gdy jechałem za dziewczyną w stronę toru pomyślałem, że tor jak tor, ale jak dojechaliśmy na miejsce okazało się, że jest trochę... Zapuszczony? Ale i tak dało się jeździć. Pozwoliłem dziewczynie zacząć, bo i tak byłem pewien co do jednego. Zjedziemy ich. I to równo. Vida na sam widok przeszkód zaczęła przestępować z nogi na nogę. Aż się rwała w stronę toru. Stanąłem pod drzewem w cieniu. Zsiadłem z klaczy, która potrząsnęła energicznie swoim gniadym łbem w górę, dając mi znak, że jest coraz bardziej niecierpliwa. Zaśmiałem się i pogładziłem ją po pysku. Kashel dołączył do chwili podbiegając do mnie. Zawsze nosiłem przy sobie smycz. A raczej dłuższą linkę, aby móc go trzymać nawet gdy siedzę w siodle. Postanowiłem go przywiązać do pobliskiego drzewa pod którym stałem, by na torze nikomu nie zawadzał, a przede wszystkim, aby nic się nie stało.
Carmen w tym samym czasie się rozgrzewała. Gdy się odwróciłem, skinęła głową, dając znak, że jest gotowa i ruszyła. Oparłem się o mojego wierzchowca i oglądałem to całe widowisko. Tor był stosunkowo nieduży. Składał się dokładnie z 6 przeszkód. Muszę przyznać, że na początku, gdy Carmen wraz z Liptonem pokonywali pierwsze przeszkody, czułem się zagrożony, bo szło im bardzo dobrze. Lecz poczucie zagrożenia zniknęło wraz z ostatnią przeszkodą gdy koń Carmen zawadził tylnymi kopytami o przeszkodę i zrzucił tym samym dziewczynę.
- Diable jeden!- krzyknęła na konia, który pobiegł dalej przed siebie, momentalnie się zatrzymując i zaczął skubać zieloną, soczystą trawę w najlepsze. Jakby nic się nie stało. Podbiegłem do Carmen. Podałem jej rekę. Przez chwilę się wahała, ale potem przyjęła moją pomoc. Dziewczyna poszła dumnym krokiem po swojego konia. Ja dalej rozbawiony sytuacją podszedłem do swojego i na niego wsiadłem.
- Teraz twoja kolej- powiedziała stając obok mnie.
- Oczywiście. Postaram się nie spaść- odparłem i popędziłem Vidę do kłusa.
Klacz nie miała oporów. Najchętniej popędziłaby już galopem i pokonywała kolejno 6 przeszkód, ale ja jej na to nie pozwoliłem.
Oddaliłem się trochę od toru. Ruszyłem galopem i zrobiłem dwie wolty, aby przygotować konia do przejazdu, aż wreszcie skierowałem klacz na pierwszą przeszkodę. Vida ruszyła równym krokiem na pierwszą przeszkodę - żywopłot.
Stosunkowo nie duży. Łatwe jak na początek. Od razu sie zorientowałem, że dobrym pomysłem były dwie wolty przed startem. Koń się teraz skupił i skierował uszy w tył. W moją stronę. Teraz jechało nam się całkiem wygodnie - czułem to w ruchach Vidy.
Koń w odpowiedniej chwili zebrał się, zakołysał na tylnych nogach i przygotował do skoku. Uniosłem sie w siodle i przesunąłem dłonie do przodu wzdłuż szyi konia.
Vida przefrunęł nad żywopłotem, lądując kilkanaście centymetrów za przeszkodą - tylne kopyta o nic nie zawadziły.
Następna przeszkoda - okser. Vida odbiła się od ziemi. Zachowała odpowiednią odległość od poprzeczki i tym razem nie goziła nam zrzutka.
Bezpiecznie wylądowaliśmy za przeszkodą. Naprowadziłem klacz na kolejną, trzecią z sześciu przeszkód - złoto-białą stacjonatę.
Pięknie poływskiwała w promieniach słońca. Klacz i tym razem w świetny sposób pokonała kolejną przeszkodę. Połowa toru za nami. Kolejne przeszkody pokonaliśmy w dobrym tępie, nie zaliczając zrzutki lub upadku. Mały problem pojawił się na ostatniej przeszkodzie. Vida lubi napędzać się na końcu, co również prowadzi do tego, że się rozprasza lub nie do końca mnie słucha. Lecz zapanowałem nad tym. Po pokonaniu ostatniej przeszkody przejechaliśmy jeszcze kilka kroków galopem, potem zwolniłem klacz do kłusa. Poklepałem Vidę po szyi, a ona parsknęła wesoło. Podjechałem żwawym krokiem do dziewczyny i Liptona. Uśmiech zagościł na mojej twarzy. Triumfalny uśmiech. Carmen nie była tym faktem usatysfakcjonowana.
- Mówiłem, że ciebie pokonamy- odparłem.

<Carmen?>

Od Cole'a CD. Carmen

Brak komentarzy:
Zsiadłem z Vidy i poszedłem w ślady Carmen. Moja klacz również się napiła.
Po chwili coś zaszeleściło w krzakach, a z nich wybiegł radosny Kashel. Zdyszany i zamotany, ale dalej radosny.
Podbiegł do mnie, a potem podszedł do Vidy. Klacz swoim mokrym pyskiem lekko ochlapała jego głowę, ale pies nie miał oporów, aby zaraz po tym również wskoczyć do wody. Spojrzałem na dziewczynę. 
Energicznie odwróciła głowę i usiadła pod drzewem. Uniosłem jedną brew i uśmiechnąłem się pod nosem.
Poszedłem usiąść koło Carmen pod drzewem.
-Chyba nie ma pani nic przeciwko?- spytałem siadając, więc logiczne, że nie za bardzo obchodziła mnie w tym momencie jej odpowiedź. Zastanowiła się. Po czym odparła:
-Mam...- uśmiechnęła się złośliwie.
Przewróciłem oczami i uśmiechnąłem się tylko. W tym samym momencie podbiegł do nas mokry Kashel. I co zrobił? Ochlapał nas wodą.
- Chole*a Kashel!- warknąłem gdy pies usiadł przed nami i patrzył na nas jakby nic nie zrobił.
Carmen zaśmiała się. Pies w tym momencie podbiegł do niej z merdającym ogonem. Odciągnąłem go szybko i wtedy ja zacząłem się śmiać.
- Pies maskotka- odparłem wzruszając barkami.
- No pewnie. A tak poza tym to się chyba w rozwoju cofnął. Czy ty na pewno kupiłeś zdrowego psa?- zapytała kpiąco. Nie odpowiadając jej na to pytanie wstałem z ziemi. Pff, oczywiście, że kupiłem zdrowego psa.
- A gdzie twój...?
- Primero. Został w stajni- odparła.
Przytaknąłem.
- Ruszamy dalej?- spytałem po chwili milczenia
Kiwnęła głową.
Wsiedliśmy na konie i ruszyliśmy leniwym stępem. Kashel szedł gdzieś w tyle wąchając każde napotkane drzewo i krzaczek.
- To gdzie madame proponuje jechać?- spytałem dając sygnał Vidzie, aby przeszła do kłusa, nie sprawiło jej to większych kłopotów.

<Carmen? Jak już ci wcześniej wspomniała, cierpię obecnie na: Brakus Wenus Popsolitus :? >

Od Cole'a CD. Carmen

Brak komentarzy:
Spojrzałem na dziewczynę i jej młodego Huski'ego. No, nie mogę zaprzeczyć, był słodki, ale taka prawda, że każdy pies jako szczeniak jest słodki. Kashel jak zawsze nastawiony do wszystkiego i wszystkich po przyjacielsku. Tylko, że nie zawsze wszystko było dla niego przyjazne. Akurat młody pies dziewczyny był zaciekawiony większym od siebie towarzyszem.
Odłożyłem osprzęt konia niedaleko boksu.
Na jej odpowiedź tylko wzruszyłem ramionami. Husky dziewczyny znów szczeknął na Kashel'a i zamerdał ogonem.
- Nic nie zrobi. Jest do wszystkiego bardzo optymistycznie nastawiony. Czasem aż za bardzo - odparłem i otworzyłem drzwi do boksu Vidy. - Ma pięć lat, ale dalej zachowuje się jak szczeniak - odparłem obojętnie już z boksu konia i zapinając linkę do jej czarnego kantara. Carmen się zawahała, a potem powoli położyła szczeniaka na ziemi. Psy powąchała się przyjacielsko, a potem Husky zaczął warczeć i zachęcać owczarka do zabawy. Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem widząc to. Odchrząknąłem pod nosem. Stałem w drzwiach boksu z Vidą, którą chciałem wyprowadzić. Carmen stała nam jednak na drodze. Szybko się odsunęła, a ja się uśmiechnąłem.
- Idziesz jeździć? - spytała obojętnym tonem, ale chyba dosłyszałem się nawet nutki zainteresowania w głosie.
- Owszem - odparłem po czym poprawiłem moje ciemne włosy, które opadły mi na oczy. - A ty? - spytałem.
Pokiwała tylko głową. Zastanawiałem się czy nie zaproponować jej wspólnej przejażdżki. Była to pierwsza osoba, którą poznałem w tej stadninie. Więc czemu nie?
Klacz stała spokojnie przy moim boku.
- Twój koń to...
- Lipton - odparła szybko.
Kiwnąłem głową. Spojrzałem w stronę wyjścia. Boks klaczy znajdował się właśnie niedaleko wyjścia. Ujrzałem wolne rozpinki. O tej porze nie było tu wielu jeźdźców. Wyminąłem dziewczynę po czym dodałem na odchodne:
- Jeśli chcesz możemy w teren jechać razem - odparłem prowadząc za sobą Vidę
Kashel ruszył natychmiast w ślad za nami. Młody pies dziewczyny pewnie był rozczarowany.
- Jeśli się zdecydujesz to za 20 minut przy ścieżce prowadzącej do lasu - dokończyłem i ruszyłem w stronę wolnych rozpinek.
Przypiąłem klacz i wróciłem po osprzęt do stajni. Carmen i jej towarzysza już nie było. Spojrzałem na siodło i ogłowie i uznałem, że jak wrócę muszę je porządnie wyczyścić. Vida stała spokojnie podczas gdy ja ją czyściłem, a potem siodłałem. Na koniec założyłem na głowę kask. Wsiadłem na konia i ruszyłem w stronę lasu.

<Carmen? To jak? Jedziesz?>

Od Cole'a CD. Carmen

Brak komentarzy:
- Ups! - wystękałem pod nosem.
Zrobiłem krok w tył, po czym złapałem dziewczynę za ramię, bo odbiła się ode mnie jak gumowa piłeczka od muru.
- Przepraszam - nie byłem pewny czy powiedziała właśnie to, ale coś tam wymamrotała pod nosem.
- Gdzie ci się tak spieszy? - odparłem, a uśmiech rozjaśnił moją twarz.
Dziewczyna tylko wyswobodziła się z mojego uścisku i spojrzała na mnie. Przekrzywiła lekko głowę, jakby nad czymś myślała. W końcu przewróciłem oczami i, w dalszym ciągu z uśmiechem na twarzy, spytałem:
- Nie widziałem cię wcześniej. Jesteś nowa?
- Można tak powiedzieć - odparła obojętnie.
- Cole - przedstawiłem się i wyciągnąłem rękę do dziewczyny.
- Carmen - odparła i podała mi rękę.
Stałem w przejściu do siodlarni, a Carmen chyba właśnie przyszła po osprzęt dla konia. Przepuściłem ją, a ona oddaliła się bez słowa. Taa... Dziewczyna może i ładna, ale ja nie jestem tym zainteresowany. Udałem się do wyjścia ze stajni. Nie miałem pojęcia co będę robił przez resztę dnia. Mozolnie zbliżała się 14.

****

Wróciłem do domu. Pięcioletni owczarek niemiecki - Kashel powitał mnie już w progu. Matki nie było w domu. Liama chyba też. Wszedłem szybko do pokoju, wziąłem czyste ciuchy i poszedłem pod prysznic. Co jak co, ale nie lubiłem "nosić" na sobie zapachu ze stajni. Poszedłem potem do swojego pokoju. Wziąłem swoją starą piłkę do siatkówki. Usiadłem na ziemi i zacząłem odbijać nią o ścianę. Zawsze tak robię gdy nie ma nikogo w domu. W tle leciała jakaś muzyka.

Po jakiejś godzinie czasu znudziłem się i postanowiłem wyjść pobiegać. Przebrałem się i włożyłem buty do biegania. W progu minąłem się z bratem. Wziąłem ze sobą psa. Często go brałem, bo lubił biegać tak samo jak ja.
Wróciłem dość późno. Wchodząc do kuchni, aby zrobić sobie coś do jedzenia, zastałem wszystkich przy jednym stole. Bardzo rzadko się to zdarzało, dlatego na samym początku myślałem, że coś się stało, ale były to błędne podejrzenia. Atmosfera była dosyć napięta. Nie miałem ochoty na gadanie. Chciałem iść do pokoju i zasnąć. Liam tylko rzucał mi co jakiś czas podejrzliwe spojrzenia. Zjadłem co miałem i razem z Lee odeszliśmy od stołu.

~Następnego dnia~

Miałem dosyć niespokojny sen. Obudziłem się z bólem głowy. Godzina była wczesna. 7:40. Poderwałem się. Kashel poszedł w ślad za mną. Uznałem, że czas jak i lekkie zawroty głowy miną mi jak trochę pobiegłam. Tak jak pomyślałem tak zrobiłem.

****

Około południa udałem się do stajni. Oczywiście wraz z moim nierozłącznym towarzyszem - Kashel'em. Od jakiegoś czasu często za mną łaził. Może przez to, że coraz częściej daję mu jedzenie? Zaśmiałem się w duchu.
Pies biegł spokojnym truchtem obok roweru, na którym zresztą siedziałem. Drogę pokonaliśmy w dość zgrabnym tempie. Rower zostawiłem gdzieś w okolicach budynku. Wszedłem wraz z psem do stajni i od razu udałem się do siodlarni. Nie chciałem czekać. Od razu chciałem wyjechać gdzieś w teren na grzbiecie Vidy. Wziąłem osprzęt klaczy i poszedłem w stronę jej boksu. Kashel był bardzo przyjaźnie nastawiony do, większych od niego, koni. Vida sama z reszta go bardzo lubiła. Gdy dochodziłem do boksu mojego wierzchowca zauważyłem, że ktoś przy min stoi. Podchodząc bliżej zauważyłem, że to jakaś dziewczyna. Czyżby to była ta dziewczyna, która spotkałem wczoraj? Jak ona miała? Carmen? Chyba tak. Kashel wyprzedził mnie i podbiegł jako pierwszy do boksu Vidy i dziewczyny.

Carmen?

Od Cole'a

Brak komentarzy:
Dzwoni budzik. Szybko go wyłączyłem. Liam jęknął na swoim łóżku na drugim końcu pokoju.
- Nie możesz znaleźć sobie innego zajęcia? - marudził. - Takiego gdzie nie będziesz się z rana zrywał - zakończył i przewrócił się na drugi bok.
Zwlekłem się z łóżka i odburknąłem tylko bratu krótką odpowiedź. Podszedłem do szafy. Wziąłem białą koszulkę z kołnierzykiem, czarne bryczesy i poszedłem do łazienki pod prysznic. Przebrałem się w ciuchy do jazdy. Wszedłem z powrotem do pokoju. Liam jeszcze spał. Wziąłem telefon i poszedłem na dół. Harry był chyba u siebie w garażu, a matka robiła coś w kuchni.
- Zjem po drodze- powiedziałem posyłając jej łagodny uśmiech i biorąc dwa jabłka z kosza na blacie
Odwzajemniła gest i wróciła dalej do... Tego co tam robiła.
Wyszedłem z domu jedząc jedno z jabłek. Byłem zmuszony wejść do garażu po rower. Miałem cichą nadzieję, że minę się z Harry'm. Wszedłem. Żadnej żywej duszy. Uff. Wziąłem rower najciszej jak się dało i udałem się do wyjścia.

****

Gdy dotarłem na miejsce była dopiero dziesiąta. Nie spieszyło mi się. Odstawiłem rower na miejsce do tego wyznaczone i udałem się w stronę budynku stajni. Byłem tu od niedawna. Cała okolica była ładna. Stajnia jednak podobała mi się najbardziej. Był to ogromny budynek. Po przekroczeniu progu stajni poszedłem w stronę boksu Vidy. Klacz stała w kącie dosyć dużego boksu. Gdy stanąłem przed drzwiami do boksu podniosła łeb i postawiła uszy. Nawet wydała z siebie ciche rżenie. Uśmiechnąłem się pod nosem. Otworzyłem boks, przypiąłem linkę do kantara i wyprowadziłem ją. Postanowiłem zaprowadzić ja na pastwisko, a ja w tym czasie zmienię jej trociny. Jak postanowiłem tak zrobiłem.

****

Gdy boks był doprowadzony do porządku udałem się z powrotem na łąki, na których pasła się moja gniada klacz. Podbiegła bez zbędnych oporów i potarła głowę o moje ramię, gdy zapinałem jej linkę do uzdy. Zaśmiałem się cicho i pogładziłem jej białą gwiazdkę na pysku. Przed stajnią znalazłem wolne rozpinki. Przywiązałem klacz i poszedłem do siodlarni po jej osprzęt. Niedawno go czyściłem więc było w miarę czyste. Vida stała spokojnie. Klacz nie była brudna, więc wziąłem miękka szczotkę, aby wyczyścić jej gniadą sierść z kurzu. Potem wyczesałem jej gęstą grzywę i ogon. Oczyściłem kopyta z resztek zaschniętego błota. Nałożyłem na jej grzbiet białą podkładkę pod siodło, a na nią samo czarne, skórzane siodło. Następnie wziąłem czarne ogłowie. Klacz bez problemu przyjęła ode mnie wędzidło. Nałożyłem resztę ogłowia i przełożyłem wodze przez szyję konia. Zapiąłem kaska pod głową, wsiadłem na Vidę i ruszyłem przed siebie.

****

Byłem na ścieżce w lesie. Jechałem nią już nie raz. Bardzo ją lubiłem. Klacz się wyciszyła i jechaliśmy leniwym tempem.
Kilkanaście metrów dalej wyjechaliśmy na rozległą łąkę. Vida pociągnęła za wodze. Uniosła wyżej łeb i nastawiła uszy do przodu. Popędziłem klacz łydkami do kłusa, a potem do galopu. Klacz parła płynnie do przodu. Potem pozwoliłem się jej rozpędzić do cwału. Wiatr owiewał nas. Uwielbiałem takie momenty.

****

Po jeździe wpuściłem klacz do boksu. Nakryłem ją czarną, cienką derką. Dałem jej również jedno z jabłek, które zabrałem rano z domu. Klacz schrupała je ze smakiem. Wyszedłem z boksu, zamykając drzwi do niego za sobą i wziąłem osprzęt klaczy. Powędrowałem do siodlarni i odłożyłem go na miejsce. Wychodząc wpadłem na kogoś.

Ktosiu? :3 


Szablon dostosowany do przeglądarki internetowej Google Chrome. ©Agata | WS | x x.