+

Archiwum

Etykiety

Aleksandra (2) Alexandra (2) Allijay (2) Amelia (11) Ashley (9) Ashton (2) Aspen (6) Astrid (2) Aviana (1) Carmen (7) Carter (2) Cole (7) Cruz (1) Damien (2) Daniel (16) Delfina (2) Dezydery (1) Eden (3) Eleonora (2) Elizabeth (2) Gabrielle (3) Giselle (2) Gwen (3) Harry (3) Heather (6) Igor (1) Iris (1) Jack (2) Jean (1) Josephine (2) Leo (2) Liam (1) Luke (1) Maxine (3) Naomi (1) Naomi Sullivan (1) Nowa postać (50) Olivier (2) Raven (1) Rebeca (1) Skylar (1) Sophie (2) Steven (1) Thomas (2) William (1)

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maxine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maxine. Pokaż wszystkie posty

Od Maxine

Brak komentarzy:
- To co PiPi, jedziemy w terenik? - zapytałam kuca. Oczywiście, nie miał nic do gadania. Mimo tego parsknął radośnie i podszedł do poidła.
Z siodlarni wzięłam siodło oraz ogłowie. Przywiozłam mu nowy czaprak oraz ochraniacze na przód oraz tył do kompletu. Był to granatowy czaprak ze srebrną lamówką oraz granatowe ochraniacze. Nie miały one żadnych detali poza srebrnym logiem firmy na rzepach. Z wieszaka, który był obok boksu zdjęłam kantar i uwiąz. Podeszłam do kuca i pogłaskałam go po szyi oraz łopatce. Założyłam na jego głowę kantar, zapięłam uwiąz i przywiązałam P.J.'a do barierki przy wyjściu z boksu. Zaczęłam czyścić kuca zgrzebłem, bo miał straszne zaklejki.
- Bo nie ma to jak wytarzać się we własnym kupsku, nie P.J.? - powiedziałam do kuca, a on tylko schylił się i zaczął wyjadać słomę.
Gdy czyściłam mu kopyta zauważyłam, że pod podkową na jego prawej przedniej nodze był nieprzyjaciel- sporych rozmiarów szary kamyk. Próbowałam go wygrzebać na tysiąc sposobów zaczynając od zwykłego wydłubywania metalową częścią kopystki tak, jakbym czyściła kopyto ze słomy czy piasku. Skończyłam na "rzeźbieniu" w kopycie. Delikatnie uderzałam o kopystkę szczotką ryżową tak, aby kamień wypadł. Spocona jak szczur wyprostowałam się i otarłam czoło.
- Wreszcie się udało! Gdzie ty to sobie zrobiłeś? Po górach latałeś? - zapytałam kuca uśmiechając się.
W odpowiedzi przechylił głowę na prawo i zatrzepotał rzęsami. Założyłam na nogi kuca ochraniacze, a potem na jego grzbiecie położyłam żel korygujący jego plecki. Położyłam nowy czaprak i siodło. Zapięłam podogonie i założyłam ogłowie. Zabezpieczyłam wodze po czym wyszłam z boksu aby założyć kask oraz rękawiczki. Poprawiłam jeszcze fryzurę, bo po przygodzie z kopytem i kamieniem trochę się popsuła. Związałam luźny kucyk na dole głowy. Odbezpieczyłam wodze i wyprowadziłam kuca na plac. Chwilę postępowałam, a potem ruszyłam wprost do lasu. Ruszyłam główna drogą kłusem i skręciłam w jedna z bocznych ścieżek i przeszłam do stępa. Dałam kucykowi luźne wodze i wyjęłam stopy ze strzemion. Chciałam nacieszyć się chłodnym wiatrem wiejącym od Amwell. Przez te parę dni BARDZO polubiłam to miejsce. Było tu tak cicho i spokojnie, a towarzyszyło mi tylko rżenie koni.
Nagle jakieś małe zwierzę wyskoczyło zza krzaków i przebiegło centralnie przed kucem. P.J. gwałtownie odskoczył do tyłu a ja wyleciałam z siodła uderzając głową o wystający konar drzewa. I żeby nie było mi tak lekko, to kuc podeptał mi nogę i z bólu byłam na granicy omdlenia. Najwidoczniej ktoś to zauważył. Postać szybko zeskoczyła z konia i podbiegła do mnie ciągnąc rumaka za wodze.
- Halo...? Ni ci nie jest? - usłyszałam jedwabisty, definitywnie kobiecy głos.
- Strasznie mnie boli noga... - zajęczałam.
- Podaj mi rękę, pomogę ci wstać. - powiedziała z entuzjazmem.
Wstałam cała obolała i nawet nie miałam siły podziękować dziewczynie. Rozglądałam się dookoła szukając P.J.'a. Nigdzie go nie widziałam. Przecież Jak go nie znajdę to:
Po pierwsze: Matka mnie zabije.
Po drugie: Zdążę to zrobić zanim ona to zrobi.
Po trzecie: P.J. też zginie.
Zanim zdążyłam zapytać o kuca dziewczyna powiedziała abym wsiadła na jej konia. Z racji tego, że sama nie dawałam rady, rudowłosa pomogła mi. Siedziałam na jej koniu i wydawało mi się, że siedzę jakoś bardzo wysoko, ale to tylko przez to, że mój kuc jest niski.
- Poczekaj tu na mnie, a ja poszukam twojego konia. Nie mógł uciec bardzo daleko. - powiedziała dziewczyna z uśmiechem na twarzy. Nie zdążyła odejść daleko i dodała, że jej klacz ma na imię Arreciffe.
- Ciekawe imię koniu... - powiedziałam i poklepałam klacz po szyi.
Chwilę później dziewczyna dumnym krokiem przyszła z PiPim w ręku. Miał bardzo przestraszone oczka i wyglądał na zdezorientowanego.
- Stał jak posąg tam, za drzewami! - powiedziała żywo dziewczyna.
- Dzięki, że go znalazłaś. I mi pomogłaś... Jak mogę Ci się odwdzięczyć?
- Luz, nic takiego. Każdemu trzeba pomagać, prawda?
- Prawda.
W jednym ręku trzymała swoją klacz, a w drugim mojego kuca. Wracałyśmy do stajni rozmawiając o tym co się stało. Podobno nie wyglądało to dobrze, ale nic poważnego nie nie stało. Noga powoli przestawała mnie boleć, a głowa już wcale mnie nie bolała.

Delfina?

Od Maxine

Brak komentarzy:
- Maxie, musisz jechać jutro do tej swojej "niesamowicie najlepszej i najpiękniejszej stajni" w Amwell? - zapytał mnie Brock modelując swój głos na bardzo niski i wyniosły jednocześnie śmiejąc się pod nosem.
-T ak. Nie byłam u P.J.'a już dwa dni. Moja koleżanka u niego była. Nie znoszę być chora! - odpowiedziałam tak, jakbym nie wyczuła tego, że Brock się ze mną przekomarza.
Nocowałam u niego bo mama pojechała na jakieś szkolenie do Karlskrony. Przyjechałam tu, bo nie lubię być sama. Lubiłam być u Brocka. Miał mały dom na obrzeżach Londynu i było tam tak pięknie- rozległe łąki i pola ciągnące się aż po widnokrąg, krowy i konie, osły i kury... To oddawało całe piękno wsi. Tam najczęściej robiłam zdjęcia, zabierałam aparat cyfrowy i mojego ukochanego srebrnego polaroida. Wtedy zabierałam sie do pracy i cały dzień potrafiłam latać z aparatem jak opętana.
- Spoko, a leci dzisiaj coś fajnego w telewizji?
- Wiesz co, sama nie wiem. Zobaczy się potem.
- O, i na którą masz być w Amwell? Pamiętaj, że mam do pracy na dziesiąta...
- Zwykle jeżdżę autobusem, ale jak już tak bardzo chcesz mnie podwieźć...
- Ale się wrobiłem... No ale już ok. - zakrył ręką twarz, a potem się uśmiechnął.
- Jak musisz być na dziesiątą w pracy, to zawieź mnie na ósmą, dobrze?
- Spoko.
Wieczór minął nam bardzo przyjemnie. Oglądaliśmy jakiś film akcji i jedliśmy lody. Mama nigdy by mi nie pozwoliła na coś takiego. Brock też się przyznał, że takie rzeczy robi od święta, zazwyczaj jak jest ze mną. Inaczej byłby grubszy niż PiPi po tygodniowej przerwie. Nagle mój telefon zaczął wibrować- dostałam SMSa od mamy.

MAMA:
Jak wam minął wieczór? Mam nadzieję, że już w łóżkach :)
JA:
Oczywiście. Dobranoc, kocham cię ♥
MAMA:
Ja ciebie też. I Brocka. Pozdrów go ode mnie. Dobranoc :)

- Brooock! - krzyknęłam do brata.
- Co? - przyszedł i zapytał.
- Masz pozdrowienia od mamy.
- To też ją ode mnie pozdrów.
Było około pierwszej nad ranem kiedy zauważyłam, że stosowne było by iść spać. Oczywiście jak to ja, perfekcjonistka od siedmiu boleści, przygotowałam rzeczy na jutro. Niczego mi nie brakowało. Poza nowym kantarem, który wczoraj kupiłam w sklepie jeździeckim.
- Chole*a...- przecedziłam przez zęby.
Cóż, trzeba było być bardziej zorganizowanym, ale cóż, nawet najlepszym się zdarza...

***

I znów zadzwonił mój ukochany budzik. "I want to kill everybody in the world!". Ja takiego zamiaru nie miałam. Nie zmienia to faktu, że rozumiem to przesłanie, a Skrilex jest świetnym muzykiem. Wstałam z łóżka jak oparzona i wskoczyłam w moje kapcie z białym tygrysem w jakimś buszu. Mięciutkie i ładne. Zawsze pod stopą i nad podłogą. Poszłam do łazienki i wykonałam poranną toaletę. I znów nałożyłam na twarz zbyt dużo pudru patrząc w telefon. Jak co dzień sprawdzałam Facebooka i Instagrama. Musiałam zmyć dużą warstwę makijażu z twarzy. Dołożyłam kremu nawilżającego i tym razem nałożyłam o wiele mniej pudru. "Naturalny blask bez efektu maski"- jakby to powiedziała piękna pani z reklamy. Było tak, jednak nie na długo, jak pisał producent. Wrzuciłam puder do torby z logiem Adidas. Były tam jeszcze czapsy i chusteczki higieniczne. 
Włożyłam na siebie granatowe bryczesy, czarne skarpety w białe groszki, zwykły biały T-shirt i założyłam okulary przeciwsłoneczne na głowę, bo pomimo wczesnej pory żar lal się z nieba. Do torby wrzuciłam jeszcze kask i udałam sie do kuchni. Był tam Brock. Jadł śniadanie i czytał jakąś gazetę. 
- O, dzień dobry. Możemy ruszać? - zapytał z entuzjazmem
- Muszę sobie zrobić kanapki. Wczoraj zapomniałam.
- No dobrze, ale szybko.
Uwinęłam się z tym w pięć minut. W tym czasie brat zrobił mi kawę. Wypiłam ją i ruszyliśmy prosto do Little Amwell. Przejechaliśmy połowę miasta omijając korki bocznymi ulicami, po to, aby skręcić w małą uliczkę przy lesie i wjechać na teren ośrodka. Gdy wjeżdżaliśmy na parking od razu zauważyłam, że ktoś jeździ na placu. Koń poruszał się po prostu cudownie- sprężyste chody, głowa ustawiona pionowo, koń zganaszowany idealnie. A na nim dziewczyna o prostej postawie z głową wysoko, patrzyła przed siebie, nie pod nogi konia. Wydawali się być parą idealną dopóki dziewczyna nie zeszła. Podwinęła strzemiona, a jej koń podniósł głowę wysoko i zarżał cicho. Po chwili cofnął się kawałek, a dziewczyna złapała za jedną wodzę i głaszcząc konia po szyi tłumaczyła mu, że nie ma się czego bać. Gdy wychodzili z placu ja już szłam do stajni i odłożyłam torbę przy boksie P.J.'a, który podszedł do mnie i parsknął na przywitanie. Pogłaskałam go po pysku i ucałowałam w chrapy, a następnie podeszłam do dziewczyny, która zdejmowała siodło z konia, którego widziałam na placu.
- As de Coeur, piękne imię... Od dawna z nim pracujesz?- zapytałam dziewczynę.
- T-tak, to znaczy... Trzy lata. - odpowiedziała starając się na mnie nie spoglądać. Zobaczyłam jej piękne, duże oczy, a w nich lekkie przerażenie.
- Nie musisz się mnie bać - uśmiechnęłam się lekko i oparłam o boks. - sama jestem tu dopiero drugi dzień.

Cruz?

Od Maxine

Brak komentarzy:
- Plask! - moja ręka ciężko opadła na moją twarz. - Nie chce mi się jechać do Amwell...- powiedziałam do siebie. - ...ale PiPi nie będzie czekał.
Sięgnęłam po telefon aby wyłączyć budzik. Codziennie rano budził mnie kawałek Skrilex'a zatytułowany "Kill everybody". Może everybody nie zabijał, ale my ears na pewno. Energicznie wstałam z łóżka i od razu złapałam się za plecy. Wczorajszej nocy był ostry melanż, może nawet i za mocny...? Ale cóż, starość nie radość. Podeszłam do okna i rozsunęłam zasłony. Oblał mnie strumień jasnego światła, ale była siódma rano, więc czego innego się było spodziewać? Przesłoniłam oczy dłonią i ruszyłam w stronę łazienki. Przechodząc przez korytarzyk usłyszałam trzaśnięcie drzwi i odgłos ich zamykania, mama wyszła do pracy. Gdy po chwili byłam już w łazience uczesałam włosy w niedbały kok i rozpoczęłam moją poranną toaletę. Umyłam zęby, włosy, twarz i zmyłam resztki tuszu do rzęs oraz kredki do oczu ze wczoraj. Na twarz nałożyłam krem nawilżający, a gdy sie wchłonął, puder. Moja twarz tego potrzebowała, bo inaczej wyglądałaby jak samochód po woskowaniu- odbijałaby światło i wyglądałaby źle, bardzo źle. 
Potem ubrałam się w rzeczy przygotowane ostatkiem sił wczorajszego dnia. Były to najlepsze, najwygodniejsze i najwspanialsze granatowe bryczesy z pełnym lejem, czarne skarpety w białe groszki, koszulka z nadrukiem pszczoły, bielizna i moja ulubiona czarna bandana, którą zawiązałam na nadgarstku. W torbie, którą zawsze zabierałam do Amwell czekały na mnie czarne materiałowe rękawiczki oraz czarne skórzane czapsy. Razem z torbą przyszłam do kuchni i zjadłam dużą porcję płatków Cheerios. Moje ulubione. Do torby włożyłam jeszcze litrową butelkę wody mineralnej, termos z mocną kawą na pobudzenie oraz kanapki z sałatą i szynką. 
W przedpokoju założyłam wiązane trzewiki do jazdy, do torby wepchnęłam bluzę w koty i wyszłam z domu. Zamknęłam go na klucz i żwawym krokiem ruszyłam na przystanek autobusowy.
Miałam jeszcze trzy minuty, więc zaczęłam przeglądać Instagrama. Widać, że noc była dzika. Gdy zobaczyłam zdjęcie, na którym moja przyjaciółka, Sophie, trzyma na widelcu parówkę i patrzy na nią dzikim spojrzeniem zaczęłam się śmiać. Starsza pani siedząca obok mnie spojrzała na mnie i pokręciła swoją moherową głową mrucząc coś pod nosem. Miałam to głęboko gdzieś, więc nadal śmiałam się jak dziecko.
Podjechał autobus. Wsiadłam do niego i zajęłam jedno z tylnych miejsc tuż przy oknie. Telefon włożyłam do bocznej kieszeni i upewniłam się, że mam legitymację upoważniającą mnie do jazdy bez biletu. Siedziałam rozmyślając nad tym, co dzisiaj zrobię. P.J. miał przerwę od pracy pod siodłem, więc na początek poćwiczymy na lonżowniku. Potem wsiądę na tego kochanego jegomościa i pojeździmy trochę i poskaczemy coś niższego żeby od razu nie startować z nie wiadomo czym. Tym bardziej, że to nowe miejsce i nie chcę go jeszcze bardziej stresować. Dopiero teraz sobie to uświadomiłam- nikogo tam nie znam, nie wiem gdzie co się znajduje i pewnie wszystkie rzeczy P.J.'a są w miejscu o którym nie mam pojęcia. I nawet nie pamiętam gdzie on ma boks! Będę pół dnia szukała, a padok mam wolny na godzinę od jedenastej.
- O, cześć, widzę, że też jeździsz konno. - powiedziała z uśmiechem na twarzy dziewczyna mniejwięcej w moim wieku przerywając te "niesamowite" rozmyślania. - I tak w ogóle to jestem Eleonora, Eleonora Fuhrman.
Rudowłosa dziewczyna podała mi rękę. Uścisnęłam ją delikatnie.
- Maxine Harrison. - odpowiedziałam dość oschle jak to na mnie przystało.
- Też jedziesz do Amwell?
- Tak...
- To świetnie! Mam padok na jedenastą. Mogłabyś mi porobić zdjęcia?
- F*ck... - przecedziłam cicho przez zęby, ale Eleonora to chyba usłyszała, więc szubko się zreflektowałam. - To znaczy... Też jeżdżę o jedenastej, więc nie mogę zrobić Ci zdjęć.

<Eleonora?>


Szablon dostosowany do przeglądarki internetowej Google Chrome. ©Agata | WS | x x.