+

Archiwum

Etykiety

Aleksandra (2) Alexandra (2) Allijay (2) Amelia (11) Ashley (9) Ashton (2) Aspen (6) Astrid (2) Aviana (1) Carmen (7) Carter (2) Cole (7) Cruz (1) Damien (2) Daniel (16) Delfina (2) Dezydery (1) Eden (3) Eleonora (2) Elizabeth (2) Gabrielle (3) Giselle (2) Gwen (3) Harry (3) Heather (6) Igor (1) Iris (1) Jack (2) Jean (1) Josephine (2) Leo (2) Liam (1) Luke (1) Maxine (3) Naomi (1) Naomi Sullivan (1) Nowa postać (50) Olivier (2) Raven (1) Rebeca (1) Skylar (1) Sophie (2) Steven (1) Thomas (2) William (1)

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jack. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jack. Pokaż wszystkie posty

Od Jack'a CD. Carmen

Brak komentarzy:
- Carmen. Carmen Treaty. Niedawno przywlokła mnie tu rodzina. - niepewnie potrząsnęła moją dłonią. Po chwili przewróciła oczami i dodała: 
- Miałam właśnie zamiar jechać z powrotem do domu. Obiecałam siostrze że pomogę jej się rozpakować. - po rzuceniu tych dwóch zdań wybiegła ze stajni. Podrapałem się po głowie, gdy odprowadzałem dziewczynę wzrokiem. Najwyraźniej nie miała ochoty wdawać się ze mną w jakąś dłuższą pogawędkę. Jej sprawa, nie mam teraz głowy do zastanawiania się, o co mogło jej chodzić. Śmieszne... jeszcze nie miałem okazji zobaczyć jak wygląda w jej wykonaniu chód. 
Podniosłem z podłogi wcześniej odstawione wiadro i ponownie poszedłem napełnić je wodą. W końcu bez żadnej kolizji udało mi się donieść wodę do Livii, która spokojnie na mnie czekała. Klacz postawiła uszy, gdy położyłem wiadro na ziemi. Wziąłem szczotkę ryżową i starannie zacząłem zmywać zaschniętą ziemię z jej kopyt, które na koniec wysmarowałem smarem. To już był ostatni etap naszego dzisiejszego czyszczenia. Pogładziłem zwierzę po pysku, a następnie wprowadziłem je do boksu.
- To do jutra, rudzielcu - szepnąłem po raz kolejny drapiąc konia po chrapach.
Wyszedłem z boksu, po czym pozbierałem wcześniej używany sprzęt z podłogi przed nim. Odniosłem wszystko do siodlarni i wrzuciłem do szafki, która została mi przypisana. 
Przeciąłem korytarz, by udać się do szatni, skąd miałem zamiar wziąć swoją wcześniej zostawioną kurtkę przeciwdeszczową. Pogoda była, co prawda, niezwykle ciepła jak na ten okres lata, ale przecież nigdy nie wiadomo... Podszedłem do wieszaka przy oknie i zdjąłem z niego kurtkę. 
Gdy wychodziłem z niewielkiego pomieszczenia, kątem oka zauważyłem coś leżącego na przy ławce. Postanowiłem zatrzymać się i to sprawdzić, ponieważ zdziwił mnie fakt, że na praktycznie pustej w całym pomieszczeniu podłodze, coś sobie leży, od tak. Po bliższym "obadaniu sprawy" okazało się, że był to pokaźnej wielkości portfel. Wyglądał na dziewczęcy. Najchętniej odłożyłbym go gdzieś na półkę i nie męczył się z zabawą w detektywa, ale w szatni aktualnie nie było już żadnych innych kurtek, ani czegokolwiek innego pozostawionego przez kogokolwiek. Moje sumienie zmusiło mnie więc, by znaleźć właściciela i oddać zgubę. Może po prostu oddam go komuś jutro w stajni - pomyślałem chowając znaleziony przedmiot do kieszeni i wychodząc z szatni. Po przekroczeniu wielkich drzwi od stajni naszła mnie kolejna myśl dotycząca znaleziska, którą tym razem zrealizowałem. Gdy już znalazłem się przy moim rowerze, przystanąłem na chwilę i wyciągnąłem portfel z kieszeni. Postanowiłem po prostu do niego zajrzeć - nie po to, by coś ukraść, tylko po to, by poszukać może jakichś dokumentów, które właściciel mógł trzymać w środku. No i się udało. W jedną z kieszonek wsunięty był dowód osobisty. Po krótkim przestudiowaniu dokumentu, odkryłem, że właścicielką jest dziewczyna, którą dzisiaj poznałem, czyli Carmen. Był tam też adres i na szczęście okazało się, że to niedaleko i prawie po drodze do mojego domu. No trudno, Carmen będzie musiała się znowu ze mną spotkać - zaśmiałem się w duchu po czym ruszyłem w drogę na moim wehikule (XD) 

***

W końcu dojechałem pod rzekomy dom dziewczyny. Był to bardzo ładny budynek jednorodzinny, który wyglądał jak nowy, czyli dziewczyna mówiła prawdę twierdząc, że "niedawno przywlokła ją tu rodzina". Niedbale odstawiłem rower pod żywopłot i udałem się w stronę uliczki. Była ona otwarta, więc sprawnie dostałem się na posesję. Omijając wiązkę wody ze zraszacza, który właśnie podlewał zielony trawnik przed domem, w końcu znalazłem się pod drzwiami. Zadzwoniłem i czekałem, w myślach zgadując, kto mógłby mi otworzyć. Po około pół minuty drzwi otworzyła dziewczynka, która wyglądała niemal jak mniejszy klon Carmen. Miała na oko z dziesięć lat i najprawdopodobniej była jej siostrą.
- Hej - przywitałem się krótko - Zastałem może Carmen? 
Oczy blondynki niższej ode mnie prawie o połowę zaświeciły się
- Czyli to pewnie ty jesteś ten cały Jack - powiedziała nieco przeciągając wyrazy i kilka razy zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu i na odwrót... - Jesteś chłopakiem Carmen? - wypaliła niemal krzycząc z niesamowicie szerokim uśmiechem na twarzy
- Nie - odpowiedziałem spokojnie uśmiechając się na widok tak podekscytowanego dziecka. Wiedziałem bowiem, że młodsze siostry umieją bardzo szybko wyciągać pochopne wnioski i tworzyć nierealne romantyczne historie. Z moimi jest przecież niemalże tak samo - Ale mogłabyś ją tutaj zawołać?
- Już po nią idę
Dziewczynka zniknęła, by po chwili wrócić w większej wersji siebie. Niestety ta nie była już tak pogodna...
- Czego chcesz? - warknęła Carmen na powitanie, a ja prawie odsunąłem się krok do tyłu. Zignorowałem jednak niemiły ton przywitania, dając jakby dziewczynie "kolejną szansę" na to, by odezwać się nieco milej, gdy dowie się, po co przyszedłem.
- Nie zgubiłaś czasem czegoś w stajni?
- Nie wydaje mi się - szybko odpowiedziała nadal ze złością, ale tym razem jakby mniej pewnie
- A to przypadkiem nie twoje? - zadałem kolejne pytanie, po czym wyciągnąłem z kieszeni znaleziony wcześniej portfel. Oczy Carmen momentalnie powiększyły się, gdy spojrzała na przedmiot, który właśnie jej pokazałem - Zdaje się, że zgubiłaś go w stajni, a konkretnie w szatni. Tam właśnie leżał.
- Dzięki - wysyczała jakby obdarta z części swojej dumy i niemalże wyszarpnęła mi portfel z ręki - Jeszcze coś? Nie? To możesz już sobie iść. 
- A może jakieś znaleźne? - zażartowałem, chyba po to, by jeszcze bardziej ją zdenerwować. Wiedziałem, że nie mam na co liczyć, jeśli chodzi o jakąś nagrodę dla znalazcy, ale bawił mnie jej widok. Bawią mnie ludzie, którzy na siłę udają ...wrednych? Nigdy nie rozumiałem, co im to daje - Żart! - dodałem na koniec, po czym pstryknąłem dziewczynę w czoło. Ta lekko zachwiała się do tyłu, a ja odwróciłem się na pięcie i pokierowałem się w stronę uliczki. Nie odwracałem się, ale w wyobraźni doskonale widziałem, jaką Carmen ma teraz minę. Gdy doszedłem do mojego roweru, usłyszałem tylko trzaśnięcie drzwiami, co jeszcze wzmocniło uśmiech na mojej twarzy. Podniosłem rower, który przewrócił się na żywopłot, po czym wskoczyłem na niego i wyruszyłem w stronę własnego domu.

***

Kolejny dzień w Little Amwell... Tym razem udało mi się wstać nieco wcześniej. Przez uchylone okno słychać było krzyki dzieciaków bawiących się na podwórku. Pogoda dzisiaj znowu dość znośna. 
Wygramoliłem się z łóżka i szybko załatwiłem poranne sprawy. Tym razem ubrałem się jednak w strój, w którym można wsiąść na konia, bo miałem nadzieję na jakiś lekki trening albo może nawet teren, skoro pogoda była odpowiednia. 

***

Do stajni znów dostałem się na rowerze. Po drodze rozmyślałem i układałem sobie prowizoryczny plan dnia, który zapewne i tak przejdzie wiele zmian i modyfikacji. Odstawiłem pojazd w odpowiednie miejsce i pokierowałem się w stronę stajni. Gdy tylko wkroczyłem do pomieszczenia, w oczy rzuciły mi się uchylone drzwi od boksu Livii. Podszedłem więc bliżej, żeby wybadać sytuację. Klacz nawet nie zauważyła, że przyszedłem, miała zaokrągloną szyję i cały czas spoglądała w dół. W końcu po cichu podszedłem pod sam boks i opierając się o jego drzwi, zajrzałem pod nogi konia. Moim oczom ukazała się obca osoba. Po długich włosach rozpoznałem w niej dziewczynę. Była schylona i odwrócona do mnie plecami, więc nie zauważyła mnie w pierwszej chwili. Nagle Livia dostrzegła moją obecność, więc gwałtownie podniosła głowę i cicho zarżała. Poruszenie konia z kolei spowodowało, że owa osoba także wstała i spojrzała w moją stronę.


<Josephine? c:>

Od Jack'a CD. Carmen

Brak komentarzy:
Pierwszy dzień w nowym miejscu zamieszkania czyli w Little Amwell. Dom jest piękny, idealny wręcz dla naszej rodziny, pora jednak zobaczyć, czy Livia będzie równie zadowolona z nowego miejsca, co ja. Właśnie dzisiaj dobry znajomy ojca, który posiadał przyczepę dla koni, miał ją przywieźć do stadniny, w której teraz będziemy stacjonować. Poprzednia co prawda nie była wyposażona w nie wiadomo jakie luksusy, ale to, co niezbędne - było. Zobaczymy jak to wygląda tutejsza stadnina. Oby była w porządku...
- No to pora wstać i się przekonać - powiedziałem półszeptem sam do siebie podnosząc się z łóżka. Był późny ranek, a prawie wręcz wczesne południe. Nie spodziewałem się, że podróż może mnie tak zmęczyć. Nie była przecież wcale długa, ponieważ wcześniej mieszkaliśmy kilka miejscowości dalej od Amwell. Szybko ogarnąłem się i ubrałem w ciuchy "na co dzień". nie był to jednak strój do jazdy, bo wiedziałem, że dzisiaj nie zamierzam wsiadać na Livię, miałem raczej zamiar zaznajomić ją i siebie z nowym miejscem.
Biorąc pod uwagę to, że klacz już od pewnego czasu powinna być na miejscu, pospiesznie zszedłem na dół i zjadłem szybkie śniadanie. Ostatnią kanapkę wziąłem w rękę - na drogę i pożegnawszy się z tymi, którzy byli o tej porze w domu, wyszedłem kierując się w stronę garażu. Zrobiłem ostatni kęs śniadania "na wynos" i wyprowadziłem swój rower. Od mojego nowego domu do stadniny nie jest daleko, więc stwierdziłem, że nie warto jeździć autem, gdy jest tak ładna pogoda, by można było dostać się tam na rowerze. 
Na miejscu byłem po około piętnastu minutach. Podprowadziłem rower i zostawiłem go przy ścianie najbliższego budynku, którym była stajnia. Spodziewałem się, że o tej porze w stajni natknę się na wielu ludzi, a tymczasem nie było nikogo. Musiałem najwidoczniej trafić na jakąś porę dnia bez większego ruchu. Odszukałem więc boks Livii, w którym klacz już na mnie czekała. Na mój widok parsknęła i zaczęła potakująco machać głową. Podszedłem do niej i przywitałem się, co od razu ją uspokoiło. Po chwili pieszczot z rudym zwierzęciem udałem się do siodlarni po kantar i uwiąz, po czym wróciłem do konia i zabrałem kasztankę na spacer po terenie stadniny. Uznałem to za najlepszy sposób, byśmy oboje poznali nowe miejsce. Przechadzaliśmy się po terenie ośrodka, dzięki czemu w mojej głowie szybko powstał zarys mapy tego miejsca. Udało nam się także popodglądać kilka osób podczas ich treningów na parkurze oraz czworoboku. 
- Czworobok... jakoś też będziemy musieli sobie z nim poradzić - stwierdziłem zerkając na Livię, która spokojnie skubała obok mnie krótko przystrzyżoną trawę. Po kilkunastu minutach wspólnego szwendania się po ścieżkach i nie do końca przeznaczonych do spacerowania, postanowiłem odstawić klacz do stajni. Podczas powrotu do stajni zauważyłem jednak, że lonżownik jest aktualnie pusty, więc od razu pomyślałem, że może dobrze by było konia chociaż przelonżować. Wróciliśmy więc do siodlarni po potrzebny sprzęt, po czym udaliśmy się na "okrągłą ujeżdżalnie". Klacz jak zwykle chodziła bardzo ładnie i bezproblemowo, wydawało się, jakby całkiem nowe miejsce wcale nie wywarło na niej żadnego wrażenia. Może to i dobrze, bo po co nam jakiś dodatkowy stres. Po porządnym przekłusowaniu i przegalopowaniu kilku kółek w obie strony zakończyliśmy pracę, jaką na dzisiaj mieliśmy w planach. Wróciliśmy więc do stajni, gdzie uwiązałem jeszcze na Livię na korytarzu, przy jej boksie. Chciałem zrobić jej generalne czyszczenie, ponieważ wiem, że bardzo lubi wszelkiego rodzaju zabiegi pielęgnacyjne. Wykonałem więc wszystkie "suche" czynności, ponieważ nadal nie wiedziałem gdzie w stajni znajduje się myjka. Mimo to i tak potrzebowałem trochę wody, więc wziąłem jedno z czarnych wiader, które stały na uboczu i poszedłem z nim do kranu, który znajdował się na końcu korytarza. Napełniłem wodą jakieś trzy czwarte wiadra i ruszyłem z powrotem do konia. Pech chciał, że gdy przechodziłem obok siodlarni, ktoś wybiegł z niej tak gwałtownie, że wpadł prosto na mnie. Nieznajoma mi osoba upadła na ziemię, a woda rozlała się mocząc i mnie i ją.
- Cholera... - mruknąłem. To dopiero mój pierwszy dzień w tej stajni, a tu już takie wypadki... Po otrząśnięciu się z krótkotrwałego szoku, zorientowałem się, że winowajcą jest jakaś dziewczyna. Nie widziałem jej na żadnym z placów na dworze, więc była mi całkiem obca. Wyglądała na nieco młodszą ode mnie i była... całkiem ładna. 
- Wiesz... mogłabyś trochę bardziej uważać - stwierdziłem pół żartem, pół serio wyciągając w tym samym czasie dłoń w jej stronę, by pomóc jej wstać. Po usłyszeniu tych słów jej mina zmieniła się na... nie do końca przyjemną, ale ostatecznie bez słowa przyjęła moją pomoc i podniosła się z ziemi. Odstawiłem wiadro na bok i wszedłem do siodlarni w poszukiwaniu czegoś, czym można by się osuszyć. Wziąłem ze stolika pod ścianą czerwony ręcznik i z grubsza się nim wytarłem. Wyszedłem z powrotem na korytarz i podałem ręcznik dziewczynie o blond włosach lekko się przy tym do niej uśmiechając. Spojrzałem na Livię, która cierpliwie czekała na mnie pod boksem i z uwagą obserwowała całą sytuację swoimi dużymi, czarnymi oczami. Następnie mój wzrok znów wrócił na dziewczynę, która w tym czasie pocierała między rękoma końcówki włosów, by je wysuszyć. Wiedziałem, że muszę zaraz wrócić do mojego wierzchowca, ale nie wypadało po takim incydencie zostawić nowo poznanej osoby bez słowa. Przypominając więc sobie ostatnią wypowiedź do niej skierowaną, przerwałem nasze obustronne milczenie:
- W każdym bądź razie, przepraszam, że Cię oblałem, mimo że to nie była moja wina - dziewczyna dalej przeszywała mnie niezbyt przyjaznym spojrzeniem, ale mimo mojej lekkiej frustracji, kontynuowałem - Jestem Jack... a ty? - ponownie wyciągnąłem dłoń w kierunku dziewczyny, ale tym razem w geście przywitania, a nie oferowania pomocy...

<Carmen? :)>


Szablon dostosowany do przeglądarki internetowej Google Chrome. ©Agata | WS | x x.