+

Archiwum

Etykiety

Aleksandra (2) Alexandra (2) Allijay (2) Amelia (11) Ashley (9) Ashton (2) Aspen (6) Astrid (2) Aviana (1) Carmen (7) Carter (2) Cole (7) Cruz (1) Damien (2) Daniel (16) Delfina (2) Dezydery (1) Eden (3) Eleonora (2) Elizabeth (2) Gabrielle (3) Giselle (2) Gwen (3) Harry (3) Heather (6) Igor (1) Iris (1) Jack (2) Jean (1) Josephine (2) Leo (2) Liam (1) Luke (1) Maxine (3) Naomi (1) Naomi Sullivan (1) Nowa postać (50) Olivier (2) Raven (1) Rebeca (1) Skylar (1) Sophie (2) Steven (1) Thomas (2) William (1)

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ashley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ashley. Pokaż wszystkie posty

Od Ashley CD. Amelii

Brak komentarzy:
Niewzruszona patrzyłam na to, jak Amelia wyrywa mi skrawek, nieco już pomiętego, papieru, choć nie powiem - trochę mnie to zaskoczyło. Dziewczyna odwróciła się, prawdopodobnie z zamiarem jak najszybszego oddalenia się. Czyli osiągnęłam swój cel, potrafię odstraszyć wyglądem. Jednakże ona ponownie odwróciła się w moją stronę, zupełnie jakby sobie nagle o czymś przypomniała.
- Wybacz – zaczęła swą wypowiedź, a jej ton był dość niepewny – Szukam jej od dłuższego czasu, myślałam, że stajenni znowu coś pomieszali i… I jestem trochę impulsywna – zaśmiała się nerwowo, a ja stwierdziłam impulsywność dało się wychwycić już na pierwszy rzut oka - W każdym razie, chyba nie miałyśmy okazji się poznać. Mam na myśli, tak oficjalnie. Jestem Amelia. A ty to… Ashley? Mam rację?
Amelia wyciągnęła do mnie dłoń, a ja jak ostatni kretyn, wpatrywałam się w nią tępym wzrokiem, nie wiedząc jak się w tym momencie zachować. Po kilku sekundach, które naprawdę trwały bardzo długo, zdecydowałam się jednak, że podam jej swoją rękę. A tak właściwie - dopiero wtedy ogarnęłam, o co może chodzić dziewczynie.
- Tak, masz rację. Jestem Ash. - odparłam, nie dając po sobie poznać, że w towarzystwie czuję się dosyć niepewnie. Mam nadzieję, że mimo moich sporo spóźnionych reakcji ktoś się na to nabierze, w końcu nie pierwszy raz muszę udawać takie coś.
Zapanowała dość niezręczna cisza, przerywana od czasu do czasu cichym rżeniem koni, a atmosfera zdawała się być tak ciężka i gęsta, że można by było siekierę zawiesić w powietrzu. W takich chwilach nie bardzo wiem co ze sobą robić, wewnątrz siebie miotam się jak opętana. Mam ochotę uciec i, gdyby tylko nadarzyła się okazja, najchętniej to właśnie bym zrobiła. Ale nie lubię okazywać własnych słabości, a Amalia, choć trochę onieśmielała, nie sprawiała wrażenia osoby, która chce mnie pożreć.

Od Ashley

Brak komentarzy:
Kilka ostatnich dni wakacji spędziłam niezbyt konstruktywnie - wstawałam, biegałam z psem, Borysem, jechałam do stajni, prowadziłam lekcje, trenowałam z Danse Macabre i wracałam do domu. Może ostatni tydzień nie był spędzony leniwie, biorąc pod uwagę fakt, iż brałam na siebie jeszcze obowiązki stajennego, ale na pewno nie było to coś niezwykłego czy szalonego, co robią zwykle osoby w moim wieku w popularnych, amerykańskich filmach. 
Dziś nie miało być inaczej. Ledwo udało mi się zwlec z łóżka po kolejnej prawie nieprzespanej nocy, ale uczyniłam to, kiedy moi genialni bracia oblali mnie wodą. Dlaczego obudzili mnie, kiedy dopiero co udało mi się usnąć... Całe łóżko i kawałek ściany oraz podłoga była zalana, dosłownie tonęła.
- Zabiję. - warknęłam tylko chrapliwie, zeskakując z łóżka, kiedy chłopcy wybiegli z mojego pokoju, śmiejąc się.
Nie przewidziałam jednak tego, że poślizgnę się na mokrej od wody podłodze. Przecież nikt by o tym nie pomyślał, kiedy jego głowę zaprząta żądza zemsty. Bracia są naturalnymi wrogami swoich sióstr, w każdym przypadku, nie ma wyjątków od tej reguły. I, mimo iż ich kocham, częściej od okazywania im czułości robię braciszkom awantury. Na moje nieszczęście upadłam na tyle niefortunnie, by uderzyć głową o ramę łóżka, rozcinając sobie brew, tak przy okazji. 
- Cho-lera. - mruknęłam do siebie, czkając lekko. Jeszcze czkawki dostałam ze strachu. Mimo wszystko w duchu odrobinę się cieszyłam, że udało mi się zachować wszystkie zęby. Szczęście, w nieszczęściu.
Rezygnując z zemsty, przynajmniej na razie, zeszłam na dół do łazienki, gdzie wzięłam naprawdę ekspresowy prysznic, kiedy przypomniałam sobie, że już po szóstej. Przejrzałam się w lustrze. Pod oczami dawno nie miałam takich cieni, a z brwi ciekła mi krew, naprawdę świetnie, naprawdę. Ze szczoteczką do zębów w ustach wbiegłam do kuchni, i przewróciłam wszystko do góry nogami, w poszukiwaniu plasterków. Eva na moje nieszczęście, kupiła tylko takie różowe z Hello Kitty. Kurde. Będę paradować z tym czymś na głowie.

*~*~*

Nałożenie tony tapety na twarz, by ukryć sińce pod oczami zajęło mi tyle, że nie zdążyłabym iść z Borysem na spacer. Zapięłam mu smycz do szelek i włożyłam kaganiec, by zabrać go do stajni. Dziś jadę teren z jedną z moich uczennic, więc będzie się mógł wybiegać po lesie za końmi. Nie ma nawet najmniejszej szansy na to, abym wieczorem była w stanie wyjść pobiegać.
Ludzie w autobusie gapili się na mnie jak na kosmitę, co najmniej. Nie wiem tylko czy to dlatego, że miałam na łepetynie plasterek z Hello Kitty, czy może to z powodu psa, który warował wiernie przy mojej nodze, trzepiąc głową jak opętany. On bardzo nie lubi nosić kagańca, ale czasem niestety musi, życie.
W stajni nie było lepiej, wszystkie dzieciaki (choć ich nie było wiele, zbyt wcześnie), wszyscy stajenni, ogólnie cały personel ta się na mnie gapił, jakby nie widział nigdy człowieka po urazie głowy. Puściłam Borysa, żeby sobie pobiegał, ale jak na złość pies nie chciał mnie odstąpić na krok. Chodził za mną dosłownie wszędzie - kiedy wyprowadzałam konie na padoki i na karuzelę, kiedy sprzątałam boksy i nawet kiedy czyściłam sprzęt, czuwał nade mną jak jakiś nawiedzony ochroniarz.
- Idź sobie, głupku. - powiedziałam, lekko popychając go nogą. Kilka osób, które mnie mijały spojrzały na mnie dziwnie, nie wiedząc do kogo się odzywam.

*~*~*

W teren z pojechało trochę więcej dziewczynek niż było umówione, i niż bym chciała, bo aż trzy. Były głośne, denerwujące i niekiedy bezczelne w stosunku do mnie. Zagryzłam mocno swój policzek, by nie odgryźć im się jakoś i przypadkiem nie urazić majestatu. Przestałam dopiero, kiedy poczułam na języku smak krwi. Naprawdę, fakt iż były mądrzejsze w każdej kwestii był frustrujący. Ale wytrzymałam to wszystko, by nie podpaść właścicielom, skargi na mnie lecą jak deszcz z nieba. Aż się dziwię, iż jeszcze mnie nie wezwali do siebie, ale mam nadzieję, że nieprędko się to wydarzy. Mimo wszystko dostarczyły mi też mnóstwo śmiechu, kiedy pokłóciły się o to, która jest lepiej ubrana... Albo jakoś tak to szło, bo starałam się ich nie słuchać. Nie wiem co by zaczęli o mnie myśleć, gdybym wybuchła wtedy śmiechem, a raczej nie udałoby mi się powstrzymać, słysząc ich riposty. Siedmioletnia kuzynka moich braci ma wyższy poziom wypowiedzi, serio. Nic więc dziwnego, że koniec terenu powitałam z nieukrywaną ulgą. Ale pies był zadowolony, co mogę uznać za sukces.
Wróciłam do stajni, pozwalając by moje urocze uczennice rozsiodłały konie, które dosiadały i wyczyściły sprzęt. Ja również zajęłam się wypożyczonym rekreantem, by później jak najszybciej zająć się pozostałymi końmi. 

*~*~* 

Moja nienawiść do dzieci niebezpiecznie wzrastała odkąd zostałam instruktorką jazdy konnej. Punktu krytycznego jeszcze nie osiągnęła, jednakże jest to coraz bliższa perspektywa. Dzisiaj na przykład powymyślały sobie, że poprzepinają rozpiski koniom. Teraz nie wiadomo, co któremu dać, ile i kiedy, kiedy wyprowadzić na karuzele i na ile godzin. Niektóre konie pamiętałam, ale no bez jaj, wszystkich rozkładów się nie da wykłuć na pamięć. Co gorsze, nie wszystkie były podpisane, dlatego szlag jasny mnie trafiał, kiedy nie zidentyfikowałam trzech rozpisek. Brakowało tej Topaza, Solidera oraz Kit Kata. 
Nagle usłyszałam jakiś dźwięk, więc odwróciłam się szybko, automatycznie łapiąc mojego latającego dotychczas obok mnie psa za szelki. Do stajni weszła pewna dziewczyna. Kojarzyłam ją, w sumie często się z nią mijałam, była tu zanim ja przyjechałam. Whitehall Amanda? Nie, nie tak miała na imię. Alicia? Też nie, w każdym razie coś na "A".
- Amelia? - zagadnęłam niepewnie, a dziewczyna odwróciła się do mnie. Aha, czyli z imieniem trafiłam. - Cześć. Mogłabyś mi w czymś pomóc? - podeszła do mnie, marszcząc lekko brwi. - Zmieniałaś ostatnio rozpiskę Kit Katowi. Pamiętasz może, która to? Znów ktoś je pozamieniał. 

Amelia? Wyszła mi papka :/

Od Ashley CD. Daniela

Brak komentarzy:
Szczerze mówiąc, zaskoczyło mnie to, co mi powiedział. Nigdy nie śmiałabym nawet przypuścić, że ten wiecznie zadowolony z siebie i uśmiechnięty Daniel, który wydaje się mieć wszystkich gdzieś, robi coś nie z własnej woli. Tym bardziej, kiedy ktoś widział jego treningi. Daniel skacze tak, jakby latał ze swoim koniem, sama mu zazdroszczę umiejętności.
Wpatrywałam się w niego, nie wiedząc co mam powiedzieć. On był w o wiele gorszej sytuacji niż ja, ja miałam wybór. Miałam dziwne poczucie, że powinnam jakoś pocieszyć Daniela, ale to jest jedna z tych rzeczy, które kompletnie mi nie wychodzą. Dlatego milczałam, dając chłopakowi szanse wypowiedzenia tyle ile chce mi powiedzieć. Nie miałam zamiaru o nic dopytywać, sama nie chciałabym, żeby ktoś mnie pytał o zbyt wiele, i byłam pewna w stu procentach, że Daniel także nie chcę bym dociekała. Tym bardziej, że jestem dla niego prawie obcą osobą.
- Mów... Mówiłaś, że też kiedyś skakałaś? - zapytał, jąkając się lekko. Czyli na pewno nie chce wracać do tamtego tematu.
Uśmiechnęłam się w jego stronę, mając nadzieję, że trochę mojego dzisiejszego humoru mu się udzieli.
- Tak. To było jeszcze zanim tu przyjechałam. W mojej starej stajni. - zmarszczyłam na chwilę nos, co raczej przypominało niekontrolowany skurcz twarzy, na samo wspomnienie. Taki głupi nawyk. - Miałam takiego trenera, w sumie dobrze go wspominam, bo dużo się przy nim nauczyłam. To był taki facet w średnim wieku, trochę gburowaty i wiecznie niezadowolony. Czasami bałam się zrobić coś źle, podczas treningu, bo strasznie krzyczał. Ale za to, kiedy mnie pochwalił, a rzadko tak bywało, czułam się, jakbym wygrała jakieś super-prestiżowe zawody. - trochę się rozgadałam, co nie jest raczej w moim stylu, ale przynajmniej atmosfera nieco się rozluźniła. To chyba moje największe osiągnięcie życiowe, zwykle to ja jestem taką gradową chmurą, która psuje humor ludziom, gdy tylko przekroczyła próg pomieszczenia.
Mimowolnie wyszczerzyłam zęby w uśmiechu. Fajnie tam było, podobało mi się, mimo wszystkich zasad, jakie tam panowały. Może było trochę sztywno, ale jakoś nie bardzo przywiązywałam do tego wagi - dla mnie wszyscy byli bardzo w porządku.
- Jakieś osiągnięcia? - zapytał Daniel, unosząc nieco brwi, zupełnie jakby mnie do siebie porównywał. Wcale nie przeszkadzało mi, że to robi, dobrze, że czuje się pewnie w swojej dyscyplinie. Ja tak nie potrafię.
- Nie mów mi, że nie pamiętasz. - spojrzałam na niego z ciekawością, a on odwzajemnił to spojrzenie, nie wiedząc o co mi chodzi. - Nie pamiętasz?
Daniel spojrzał na mnie jakbym zgłupiała, zwariowała, albo mocno uderzyła się w głowę. Pokręcił głową przecząco.
- Niby co miałbym pamiętać? - zapytał. Szczere zdziwienie przekonało mnie, że się nie zgrywa... no albo jest świetnym aktorem.
Parsknęłam śmiechem.
- No wiesz, ja ciebie pamiętam. - zaczęłam, patrząc na niego z uśmiechem. - Jako dziecko, miałam dziesięć lat, startowałam w zawodach skokowych i... zajęłam drugie miejsce. Znienawidziłam cię wtedy, bo byłeś pierwszy.
Danielowi wreszcie poprawił się humor. Zaśmiał się niewymuszonym śmiechem i ponownie pokręcił głową, jakby z niedowierzeniem.
- Wybacz, ale nadal niezbyt kojarzę. - stwierdził.
Zrezygnowana westchnęłam tylko, przynajmniej udało mi się mu poprawić humor. W sumie, wcale się nie dziwię, że mnie nie pamięta. Zawsze byłam cichym dzieckiem i niezbyt rzucałam się w oczy, a poza tym wyglądałam wtedy całkiem inaczej. Do dzisiaj nie zapomnę jakie miałam problemy z rozczesaniem moich czarnych, sięgających wtedy do pasa włosów. A schły zawsze ponad dwie godziny.
- A, prócz tego drugiego miejsca, też miałam kilka jakichś niezbyt ważnych pierwszych miejsc. I kilka innych miejsc, ale to nic godnego uwagi. - dokończyłam. Nigdy nie przywiązywałam do tego zbytniej uwagi i raczej to nigdy się nie zmieni. Zawsze mam wrażenie, że mogłam dać z siebie więcej.
- Nie planujesz na mnie zemsty? - Daniel poruszał brwiami w śmieszny sposób.
- Nie, ale rewanż to już coś innego. - zasugerowałam. - A, i jak znajdziesz gdzieś jakiś bezpański telefon, to prawdopodobnie należy do mnie. Znowu go zgubiłam.
Dopiero teraz zorientowałam się, że - po pierwsze jest już dość ciemno, a po drugie - nie mam pojęcia gdzie jestem. Serio, myślałam, że dobrze znam te tereny, a tu taka niespodzianka. Panika narastała we mnie. Zaczęłam się nieco niespokojnie wiercić siodle i prawie krzyknęłam, kiedy zobaczyłam martwą wiewiórkę gdzieś nieopodal. 
- Mam nadzieję, że wiesz gdzie jesteśmy. - powiedziałam niepewnie. 
Daniel spojrzał na mnie, uśmiechając się niewinnie.
- Nie. - odparł.
- CO?! - krzyknęłam przerażona. Niech on żartuje, błagam.
- Żartowałem. Pewnie, że wiem. - zaśmiał się z własnego żartu.
Odetchnęłam głęboko, planując, że kiedyś się na nim zemszczę, przysięgam.

*~*~*

W domu okazało się, że chłopcy oczywiście zrobili obiad, ale nie pozmywali. Okazało się też, że wchodzenie do jeziora nie było najlepszym pomysłem. Mimo iż się przebrałam, było mi cholernie zimno, w dodatku co chwile wstrząsały mną dreszcze, a w gardle niemiłosiernie drapało. Nawet nie miałam siły robić chłopcom awantury za syf, który po sobie pozostawili. Nie było nawet jednego czystego kubka, dlatego umyłam szybko taki z królikiem i zrobiłam sobie saszetkę czegoś przeciw przeziębieniu. Zmieniłam zdanie, mają sprzątać.
- Tonny! - zawołałam zachrypniętym głosem, na tyle głośno, na ile pozwalało mi moje gardło. Zero reakcji ze strony któregokolwiek z moich braci, zmusiło mnie do ponownego krzyku. - Tonny, chodź tu natychmiast!
Po chwili usłyszałam ociężałe kroki. Ktoś schodził po schodach, ale nie był to Tonny. Przez tyle lat nauczyłam się rozpoznawać ich wszystkich po krokach i nie pomyliłam się w tym przypadku - kilka sekund później Luke wszedł do kuchni.
- Gdzie Tonny? - zapytałam, zadzierając lekko głowę, by spojrzeć bratu w twarz. Jak to możliwe, że te trzy wielkoludy mają ponad metr osiemdziesiąt wzrostu?
Luke uniósł brwi i wyszczerzył się, jakbym nie wiedziała o czymś ważnym.
- Wyszedł. Nie wiedziałaś? - oznajmił mi.
Pokręciłam przecząco głową, zastanawiając się jak ten kretyn zamierza wrócić do domu, kiedy już nie ma autobusów, ale ja na pewno nie mam zamiaru się tym przejmować.
- No to trudno, w takim razie ty pozmywasz. - odparłam.
Luke od razu próbował protestować. Spojrzał na mnie z góry.
- Dlaczego ty tego nie zrobisz? - zapytał z pretensją. 
Spiorunowałam go wzrokiem i podeszłam do niego.
- Ty to zrobisz, bo chyba nie chcesz, żebym powiedziała twojej mamie, co robisz kiedy niby trenujesz hokeja. - pstryknęłam go w czoło i pozostawiłam samego w kuchni. Nigdy nie wsypałabym go, że podczas ostatniego treningu schlał się do nieprzytomności, ale on nie musi o tym wiedzieć.
Szantaż poskutkował, bo po chwili słychać było jak naczynia stukają o siebie, wydając charakterystyczny dźwięk. Poszłam do łazienki, gdzie szybko się umyłam i od razu poszłam spać.
Następnego ranka byłam pewna, że prędzej umrę niż wyjdę spod ciepłej kołdry. Nie mogłam mówić, przez gardło, które bolało do tego stopnia, że nie mogłam przełknąć śliny. Zmusiłam się jednak do wstania i powlekłam się jak zombie najpierw do łazienki, a potem szybko ubrałam się, wybierając najgrubsze ciuchy. I tak było mi zimno.

*~*~* 

Poranny trening poszedł mi wyjątkowo dobrze. Mac była dziś bardzo grzeczna i chętnie współpracowała. To dobrze, trener, kiedy przyjedzie, będzie zadowolony, że współpraca nam się układa, a zawody już niedługo. 
Wprowadziłam gniadą do boksu i powoli zaczęłam ją rozsiodływać. Stała spokojnie, ale i tak miałam problem ze ściągnięciem siodła. Ręce tak mi się trzęsły, że nie mogłam odpiąć popręgu, zupełnie jakbym miała delirkę. Odniosłam ekwipunek do siodlarni i, o dziwo, nikogo nie spotkałam, a było już po dziewiątej. Normalnie roi się tu od ludzi. Wyszłam ze stajni, miałam jeszcze trochę czasu przed lekcją, więc postanowiłam się przejść.
- Cześć. - powiedziałam, a raczej wychrypiałam, mijając Daniela, który zmierzał z Portosem na parkur. Czyli wracamy do starych przyzwyczajeń.
Chłopak wyraźnie się zdziwił widząc mnie.
- Dlaczego nie jesteś w domu? - zapytał, szczerze zdziwiony. On też był lekko zachrypnięty, ale w porównaniu ze mną to nic.
- Lekcje. - ledwo zdołałam wykrztusić to jedno słowo.
- Zwariowałaś? - zapytał, a ja poczułam się tak, jakby karciła mnie pani nauczycielka, tylko nie wiem dlaczego. - Nie pracuj dzisiaj, tylko lepiej jedź do domu. - dodał po chwili.
Naprawdę chciałam mu odpowiedzieć, ale już nie byłam w stanie wykrztusić ani słowa. 

Daniel? Przepraszam za to coś, ale chciałam szybko odpisać, bo nie miałam internetu i w każdej chwili mogą mi zabrać

Od Ashley CD. Rebecki

Brak komentarzy:
Brak telefonu jest bardzo, bardzo denerwującym faktem, szczególnie wtedy kiedy ktoś nieustannie ma pretensje o to, że nie odbierasz. Ja wiem, że Eva robi to tylko z troski o mnie, ale no bez przesady, jestem już przecież duża.
- Nieustannie go gubisz. - westchnęła Eva, przykładając dłoń do czoła i bezwładnie opadając na kuchenne krzesło. Swoją drogą to dziwne, że wstała tak wcześnie rano, dopiero dochodzi piąta.
- Przepraszam. - odpowiedziałam, spoglądając na nią nieśmiało. Jedyne co udało się mojemu tacie to właśnie ona, tylko nie wiem co w nim widziała i widzi do tej pory. 
Władowałam sobie do buzi kolejną łyżkę musli i ochlapałam stół, kiedy odłożyłam ją do miski. Eva spojrzała na mnie z dezaprobatą, po czym uśmiechnęła się ciepło.
- Dzisiaj także idziesz do stadniny? Dlaczego tak wcześnie? - zapytała z nieukrywanym zainteresowaniem. Ona chyba podejrzewa, albo raczej ma nadzieję, że znalazłam sobie chłopaka. Niestety muszę ją rozczarować.
Nie odpowiedziałam od razu, jak najdłużej przeżuwając jedzenie, by opóźnić moment odpowiedzi. Myślałam, że jeżeli będę zwlekać wystarczająco długo Eva odpuści, ale nie! Musiała wiedzieć.
- Ciebie mogłabym spytać o to samo. - powiedziałam powoli, z pewnego rodzaju ostrożnością w głosie - Idę pobiegać z Borysem, bo wieczorem nie będę miała czasu. - i, zanim kobieta zdążyła coś jeszcze dodać, uciekłam z kuchni.
Zacmokałam głośno, ubierając bluzę, by po chwili zobaczyć w przedpokoju tego wielkiego bydlaka, rottweilera Borysa. Przypięłam mu smycz do szelek i po chwili już byliśmy na zewnątrz.
Rześkie powietrze zupełnie rekompensowało mi panującą na dworze szarugę. Mało widziałam, ale Borys zdawał się znać naszą trasę na pamięć, dlatego bez strachu pozwoliłam mu prowadzić, ufając mu w tej kwestii bezgranicznie. Teren był dość pagórkowaty, dlatego już na wstępie musieliśmy pokonać mały, stromy podbieg. I ja, i pies ślizgaliśmy się na błocie, ale nie powstrzymało nas to przed pokonaniem przeszkody i w kilka minut znaleźliśmy się na szczycie, tylko po to, by zbiec w dół, na drugą stronę górki.
Zawsze zastanawiałam się jak chłopcom udało się namówić tatę na psa i w sumie liczyłam, że się nie zgodzi. Ale zgodził się. Nie wynikło z tego wiele dobrego, bo żaden z trojga moich braci odpowiedzialny nie jest. Dlatego sprzątanie sików w domu, chodzenie do weterynarza, karmienie oraz wyprowadzanie zwierzęcia spadło na mnie, po jakichś trzech, no, może czterech tygodniach, kiedy to nowy pupil trochę podrósł i nie był już taki słodki i po prostu się znudził. Przynajmniej zyskałam wiernego towarzysza do biegów i jedyne stworzenie w domu, które mnie słucha. Tak, to z pewnością można uznać z plus.

*~*~*

O godzinie siódmej byłam już w stajni i zajmowałam się sprzątaniem boksów. Nie robiłam tego dlatego, że musiałam, a dlatego, że chciałam. Wolę to niż, żeby ktoś mi zarzucał, iż nic nie robię. Można to nazwać pewnego rodzaju wolontariatem. Większość koni była wyprowadzona na padok, oprócz tych nielicznych, którym przypadło w udziale chodzenie w karuzeli. 
- Mam nadzieję, że pamiętasz o swojej obietnicy. - niemal podskoczyłam, słysząc czyjś głos tuż nad uchem. Odwróciłam się szybko, stając twarzą w twarz z Sylvią, która patrzyła na mnie oskarżycielskim wzrokiem. Jakbym zdążyła jej coś zrobić!
- Nie strasz mnie tak. - mruknęłam wymijająco, starając się przypomnieć sobie o co może jej chodzić.
Dziewczyna nachyliła się nade mną, tykając mnie palcem gdzieś w okolice serca.
- Pamiętasz, prawda? - zapytała ostrzegawczo.
Zupełnie nie wiem co mogłam jej obiecać, że jest wściekła jak rozjuszona osa.
- Teren. - warknęła ochryple. - Obiecałaś mi, że dziś pojedziemy w teren. Faktycznie było coś takiego. - Jedziesz, masz być gotowa na dziewiątą. I nie wymigasz się dziś, sprawdziłam twój grafik, zaczynasz lekcje od jedenastej. - powiedziała i poszła zostawiając mnie samą.
Co mnie podkusiło, żeby się zgadzać?

*~*~*

Punktualnie o dziewiątej czekałam z Damse Macabre przed stajnią. Nie niecierpliwiłam się, w przeciwieństwie do mojego wierzchowca, który dosłownie wydeptał w ziemi dziurę. Na szczęście Sylvia zjawiła się szybko i mogłyśmy ruszać.
Tak jak myślałam Sylvia zarzuciła mnie serią pytań, na które niekoniecznie chciałam odpowiadać. Poczułam się bardzo przytłoczona jej towarzystwem. Nagle dwudziestotrzylatka zatrzymała się. 
- Patrz, tam ktoś jest! - powiedziała Sylvia, wskazując na jakąś dziewczynę z niebieskimi włosami, stojącą przy jeziorze. Zanim zdążyłam odpowiedzieć Sylvia ruszyła ku niej.
Nie pojechałam za nią, nie chciałam. Obserwowałam tylko z daleka krótką wymianę zdań między dziewczynami. Tamtej niebieskowłosej nie kojarzyłam, ale jej konia znałam. Od tygodnia przebywa w Amwell. 
Rozmowa zajęła Sylvi kilka minut, ale kiedy wróciła wyglądała na nieco zburzoną.
- Jakaś dziwna ta Rebeca. - oznajmiła, kierując się do stajni.
Dołożyłam Mac łydki, by również ruszyła, a ta niechętnie wykonała polecenie. Dziś była grzeczna. Wyjątkowo.
- Zamieniłaś z nią dwa zdania, skąd możesz wiedzieć jaka jest? - stanęłam w obronie nieznajomej, wywracając oczami. Moja przyjaciółka musi oduczyć się tak pochopnego oceniania ludzi.
Sylvia prychnęła tylko, popędziła konia i zniknęła mi z oczu. Zaczęłam kręcić volty na Mac, by nie wyrwała się do pościgu.

*~*~*

Szukałam w szafce mojego notesu, kiedy usłyszałam czyjeś nierówne kroki. Mimowolnie podniosłam oczy i spojrzałam na nieznajomą dziewczynę z niebieskimi włosami, która właśnie przekraczała próg pomieszczenia, kulejąc lekko. Zignorowała fakt, że tu jestem więc i ja zignorowałam ją. Do momentu, aż nie podeszła do swojej szafki i nie zaczęła szarpać się z drzwiami, klnąc pod nosem. Zachciało mi się śmiać, ale powstrzymałam się. Jednak, kiedy kilka minut później ona nadal szamotała się z drzwiczkami zaczęło mnie to irytować.
- Pomogę ci. - stwierdziłam, podchodząc do niej. Dziewczyna zmierzyła mnie pretensjonalnym spojrzeniem, unosząc brwi.
Podeszłam do jej szafki i walnęłam w nią mocno w strategiczny punkt, zaraz koło zamka. Jak na zawołanie drzwi otworzyły się z cichym zgrzytem.
- Ta się często ścina, trzeba uderzyć. - stwierdziłam. Nie zamierzałam się nawet przedstawiać, dlatego nie rozumiałam dlaczego ona mnie zatrzymała.

Rebeca?

Od Ashley CD. Daniela

Brak komentarzy:
Nieco się zdziwiłam, gdy Daniel zasugerował mi, że wstawi się za mną u swoich rodziców. I trochę mnie to wystraszyło. Nie chciałam, żeby ktokolwiek zawracał sobie głowę moją osobą, tym bardziej, że jemu również mogło się za to oberwać. A ja bardzo nie lubię mieć u kogoś długów. Najgorsze jednak było to, że nie byłam do końca pewna czy on tak tylko żartował, czy mówił serio. Miałam jednak nadzieję, iż to tylko żart.
Jechaliśmy w ciszy, no oczywiście nie licząc śpiewu ptaków osiadłych na pobliskich drzewach. Przez wczorajszy deszcz ziemia znacznie rozmiękła, dlatego nie słychać był zwykłego stukotu kopyt o ubite podłoże, a raczej jakieś dziwne mlaśnięcia, kiedy tylko któreś z kopyt Oficera lub Lady odrywało się od podłoża. Wsłuchiwałam się chwilę w ten dźwięk. Teren był dość grząski, ale może warto wypróbować te koniki w wyścigach? Nic nie powinno się im stać, w końcu to nie prawdziwy wyścig.
- Spróbuj mnie wyprzedzić! - krzyknęłam, popędzając Oficera do galopu i podnosząc sie do półsiadu. 
Już po chwili mknęliśmy po ścieżce zostawiając daleko za sobą, nieco zdezorientowanego, Daniela. Wcale się mu nie dziwię, sama byłabym zaskoczona, gdyby podczas przejażdżki ktoś mi nagle wystrzelił z taką chorą propozycją. Chłopak dopiero po chwili popędził kasztankę i w sumie tyle go widziałam, bo Oficer okazał się całkiem niezłym wyścigowcem - kilka chwil później zniknęliśmy za zakrętem. Nie spodziewałam się tego po wałachu. Zawsze wydawał mi się być nieco ospały i leniwy, a jedynym w co wkładał serce były próby wymigania się od dalszej pracy. 
Gdyby nie toczek pewnie czułabym teraz wiatr we włosach, a tak czułam go tylko na twarzy. Ale i tak jazda na tym niepozornym koniku była świetna. Czułam przyjemny dreszczyk adrenaliny, mimo iż to nie był wyścig. Czułam narastającą w sobie euforię, jak za każdym razem kiedy się ścigam. Jedyna różnica polegała na tym, że on galopował na prawą nogę, a nie jak prawdziwe konie wyścigowe, które robiły to na lewą. Ot, takie ich skrzywienie zawodowe.
Kiedy dotarłam nad jezioro powoli przeszłam do stępa, by dać odsapnąć Oficerowi. Pogładziłam go po szyi. Całkiem fajny rumaczek z niego. 
I właśnie w tej chwili przypomniałam sobie, że nie ma za mną Daniela, no cóż, trzeba będzie poczekać. Stępem przemierzaliśmy brzeg jeziora w tę i z powrotem. Dlaczego nie ma jeszcze Daniela? Przecież chyba nie zostawiłam go tak daleko za sobą... Spojrzałam w dół i z przykrością stwierdziłam, że ja i Oficer jesteśmy cali ubabrani błotem. Czyli dzikie galopy po lesie nie były jednak tak dobrym pomysłem, jak wydawało mi się na początku. No cóż, bywa... Tak, czy inaczej nie żałuję. Zawróciłam konia, spoglądając na wodę w jeziorze. Tafla stalowoszarej cieczy falowała pod wpływem lekkiego wiatru. Pewnie jest lodowata.
- A może by tak... - mruczałam do siebie, ponownie zawracając konia.
Na szczęście Oficer nie bał się wody. Posłusznie wykonał moje polecenie i powoli zaczął wchodzić do jeziora. Miałam rację, woda była cholernie zimna, ale Ameryki to jednak nie odkryłam. Sama w życiu nie weszłabym do jakiegokolwiek zbiornika z wodą, prócz wanny, rzecz jasna. Za bardzo bym się bała, nie mam zbyt dobrych wspomnień z tym związanych, a strach pogłębiał fakt, że kompletnie nie umiem pływać. Ale z Oficerem to co innego, jakoś nie czułam przy nim lęku. Kiedy już weszliśmy dosyć głęboko do wody, dostrzegłam jakiś dziwny ruch między krzewami. Byłam pewna, że to nie jakieś leśne zwierzę, a koń. Lady rozpoznałabym wszędzie. Dużo czasu z nią spędzam i pamiętam, że kiedy prowadziłam w Amwell pierwszą lekcję to właśnie ta klacz zrzuciła swojego jeźdźca. Tym właśnie sposobem nieodwracalnie wbiła mi się w pamięć i tak łatwo jej nie opuści.
- Daniel! - krzyknęłam, by zwrócić uwagę chłopaka, który po chwili zaszczycił moją osobę swoją obecnością.
Galopem wyjechał spomiędzy drzew, a później płynnie przeszedł do stępa i spojrzał na mnie jak na wariatkę. Co najmniej... 
- Serio chcesz się kąpać w taki chłód? - zapytał, ponownie obdarzając mnie tym samym spojrzeniem co przed chwilą. Wydawało mi się, że zaraz pokręci głową z niedowierzaniem, ale zamiast tego uśmiechnął się tylko.
Zanurzyłam się już w wodzie tak, że sięgała mi do pasa. Powoli zaczęłam się trząść z zimna, ale wcale nie chciałam wychodzić. Podobało mi się to. Masochistka, przemknęło mi przez myśl.
- A ty nie? - spytałam z udawanym niedowierzaniem, odwzajemniając uśmiech.
Daniel pokręcił tylko głową, co z niewiadomych nikomu przyczyn rozbawiło mnie i odpowiedział.
- Wiesz, jakoś nie bardzo. - zaśmiał się. - Wychodzisz?
Westchnęłam tylko pod nosem, a później wyprowadziłam Oficera z wody, chwaląc go cały czas. Zatrzymałam się tuż obok Daniela, kiedy wałach postanowił machnąć ogonem, ochlapując przy okazji chłopaka kropelkami wody. Parsknęłam śmiechem.
- On chyba też coś do ciebie ma. - oznajmiłam, wspominając dziewczyny, które Daniela, lekko mówiąc, nie lubią. Zastanawiam się tylko dlaczego, to raczej niemożliwe, żeby zalazł im wszystkim za skórę, a z tego co widzę jest całkiem w porządku.
- Ewidentnie. - odparł Daniel, ocierając twarz z niezbyt czystej wody. - I jak, podobał ci się wyścig? - wyczułam w jego głosie nutkę pewnego rodzaju kpiny. Może to żart?
- Bardzo. - uśmiechnęłam się. - Swoją drogą nie spodziewałam się, że z Oficera taki błociarz. 
Dołożyłam łydkę i wyminęłam stępem Lady z Danielem na grzbiecie. Po chwili chłopak znów się ze mną zrównał.
- Taki kto? - zapytał, lekko mnie wyprzedzając. Zupełnie tak, jakby chciał mnie sprowokować do dalszego wyścigu, ale nie byłam pewna czy robi to celowo.
A no tak, zapomniałam, że nie każdy siedzi w wyścigach konnych. Często zdarza mi się to w domu, kiedy mówię do trojaczków o czymś związanym właśnie z tym sportem. Tylko Jay, jako mój młodszy brat, z którym mam najlepsze relacje, jeszcze łapie niektóre określenia, ale Tonny i Luke... Szkoda nawet gadać.
- Błociarz to taki koń, który najlepiej sprawdza się na grząskim terenie. - wyjaśniłam. - Przepraszam, czasem posługuję się wyścigowym żargonem i przez to często ciężko mnie zrozumieć.
- Normalnie też ciężko jest cię zrozumieć. - zażartował Daniel. Uśmiechnęłam się pod nosem, bo to jednak prawda.
Zatrzymałam się, pozwalając by chłopak mnie wyprzedził, jednak on również stanął, kilka metrów przede mną.
- Chyba się nie obraziłaś, co? - zapytał z dość niepewną miną.
Spojrzałam na niego. W pierwszej chwili nie zrozumiałam o co mu chodzi, uświadamiając sobie to dopiero po kilku długich sekundach.
- Niby o co? - burknęłam w odpowiedzi, mimowolnie unosząc kąciki warg - Przecież to prawda. - nie schodząc z siodła poprawiłam popręg. - Chciałam tylko to poprawić. - wskazałam ręką na bliżej nieokreśloną część brzucha konia. 
Chłopak wzruszył tylko ramionami i ruszył dalej, zostawiając mnie w tyle. Jednak nie na długo, bo zaraz zrównałam się z nim.
Dawno nie byłam tak zrelaksowana jak teraz, jadąc sobie spokojnie stępem przez las i praktycznie leżąc na szyi kuca, co jakiś czas go po niej klepiąc. Jednak dobrze, że zgodziłam się na ten teren. Kiedy jeżdżę na Mac trochę bardziej się męczę, będąc zmuszoną do tych wszystkich niepotrzebnych przepychanek i innych małych wojen. Kocham ją, ale czasami wolałabym wrócić do przeszłości i podjąć inną decyzję. Zrealizować plan, który miałam ułożony praktycznie od początku mojej przygody z jeździectwem.
- Głupie półśrodki... - warknęłam pod nosem.
Daniel spojrzał na mnie, tak jakbym właśnie wyrwała go z jego własnych przemyśleń i zmierzył bardzo dziwnym spojrzeniem, którego nie potrafiłam rozszyfrować.
- Mówiłaś coś?- powiedział dość zachrypniętym głosem. Chyba wczorajszy trening w deszczu daje mu się we znaki.
- Nie. - odparłam. - Wiedziałeś, że też kiedyś skakałam? - gładko zmieniłam temat, zastanawiając się po co w ogóle mu to mówię.

Daniel? Ja się staram, naprawdę :3

Od Ashley CD. Daniela

1 komentarz:
Z trudem przychodziło mi przyznawanie racji komukolwiek, ale w tym przypadku musiałam. Daniel ewidentnie miał rację, że nie ma sensu wsiadać na Danse Macabre z tak popsutym humorem. Ale teren na jakimś rekreancie to już co innego.
- Bo to jest podłe. - odpowiedziałam z uśmiechem. Ostatnio mam jakieś dziwne huśtawki nastrojów, zupełnie jakbym była bipolarna - Mimo wszystko kradzież kucyków brzmi nieźle. - dodałam po chwili. Ostatnio robię tak duże przerwy między wypowiedziami, że wcale nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś mnie wziął za człowieka, który ma coś z głową.
- No to co, teren? - zapytał Daniel, szczerząc się do mnie. Podoba mi się ten jego optymizm, ja też chcę tak potrafić.
- Tak, teren. Zamawiam Oficera. - powiedziałam, w tym momencie zachowując się jak małe dziecko, które zaklepuje ulubioną zabawkę, by przypadkiem ktoś jej nie zabrał. 
- Z twoim wzrostem równie dobrze mogłabyś dosiąść Solidera. - zażartował Daniel. Parsknęłam śmiechem.
Oczami wyobraźni widziałam siebie na tym szetlandzie, który w kłębie ma niewiele ponad metr. Konik ten ma chyba jakiś kompleks Napoleona, bo braki we wzroście nadrabia charakterem. W sumie kiedyś chciałabym spróbować na nim pojeździć. Chyba za niedługo się skuszę na taki eksperyment, bo dlaczego nie? Jednak dzisiaj chcę spróbować jazdy na Oficerze.
- Wnioskuje, że chciałbyś to zobaczyć, co? - powiedziałam udawanym oskarżycielskim tonem.
- Bardzo. - rzucił sarkastycznie - Marzę o tym.
Uśmiechnęłam się tylko i wyminęłam Daniela, biorąc uwiąz i udając się na padok po Oficera. Kiedy tylko wyszłam na zewnątrz zimne powietrze uderzyło mnie w twarz, ale z ulgą zauważyłam, że się przejaśnia. Czyli wreszcie można odpocząć od deszczu. Podeszłam do ogrodzenia i zacmokałam głośno, ale większość koni olała moją obecność całkowicie. Odnalazłam wzrokiem gniadego i podeszłam do niego. Podpięłam uwiąz do kantara i już po chwili wracałam z nim do stajni. Wałach skorzystał z okazji i wytaplał się w kałużach powstałych po wczorajszym deszczu, dlatego jego ciemna sierść była posklejana błotem. Dawno nie widziałam tak ubrudzonego zwierzęcia. 
- Co, przyjacielu? - odezwałam się do niego łagodnie, gładząc go po szyi. 
Po powrocie do stajni zgarnęłam tych dwóch chłopców, po których nadal nikt się nie zjawił i zaproponowałam, by pomogli mi czyścić konia. Może Daniel miał rację, że nie powinnam się nimi teraz przejmować, bo nie odpowiadam za nich, ale i tak boję się, że coś sobie zrobią. Może jestem przeczulona na tym punkcie, przez to, że mam braci...
Przy czyszczeniu Oficer stał wyjątkowo grzecznie, a może tylko mi się tak wydawało, bo jestem przyzwyczajona do wojen z Mac? Przynajmniej chłopcy się na chwilę czymś zajęli, no i przy okazji trochę mnie wyręczyli. Znaczy, tylko ten starszy, bo ile mógł pomóc trzylatek? Mimo wszystko czyszczenie poszło sprawnie i było przyjemne, co dla mnie było bardzo miłą odmianą. Gniadosz nawet nogi podawał grzecznie, co za anioł. Pogładziłam go po chrapach.
- Ale z ciebie aniołek... - szepnęłam do wałacha, a straszy z chłopców patrzył na mnie jak na wariatkę. - Nauczyć cię jak go osiodłać? - zapytałam chłopca, starając sobie przypomnieć jak miał na imię, a, choć to może wydawać się naprawdę bardzo dziwne, głupio mi było go o to zapytać.
- Będę mógł sam? - zapytał dzieciak. Ależ on się palił do roboty, lubię go.
- Jasne. - odparłam z uśmiechem.
Krótko opowiedziałam co i jak ma zrobić, a później pozwoliłam, żeby spróbował. Z siodłem poradził sobie całkiem dobrze jak na pierwszy raz. Oczywiście popręg był przeszkodą, ale nie tylko dla niego, bo i dla mnie. Jak widać nie tylko Danse Macabre ma w zwyczaju nadymać się jak balon, podczas siodłania. Oficer zrobił dokładnie to samo co ona. Z ogłowiem musiałam jednak pomóc, bo chłopiec kompletnie pogubił się, tłumacząc, że "to ma za dużo pasków". Mimowolnie się roześmiałam, wspominając mój komentarz, który rzuciłam podczas pierwszego kiełznania i który był praktycznie identyczny, z tym, że zasugerowałam jeszcze, iż koń się w tym zgubi. 
I w tym momencie drzwi tajni otworzyły się z hukiem, a stanęła w nich moja zguba: zaginiona super-mama. Wysoka brunetka ubrana w elegancką marynarkę, garsonkę, czy cokolwiek to jest i jakkolwiek się nazywa, równie eleganckie spodnie oraz szpilki tak wysokie, że można sobie w nich połamać nogi. Z trudem powstrzymałam wybuch śmiechu, bo taki widok w stajni wydał mi się okropnie zabawny. Jakby ta pani była tutaj wklejona. Podeszła żwawym (na tyle, na ile to było możliwe w jej butach) krokiem do boksu Oficera, ciskając we mnie i w wałacha piorunami z oczu. Tylko nie wiem co jej ten biedny koń zawinił.
- Dlaczego moje dziecko pracuje przy zwierzętach?! - w jej głosie słychać było taki jad, że niejedna żmija mogłaby go pozazdrościć. W sumie to myślałam, że właśnie z tym wiąże się jeździectwo, widać myliłam się. - Płacę pani za naukę JAZDY.
Tylko nie bądź niemiła, nie bądź niemiła, powtarzałam sobie. Moja cierpliwość też ma pewne granice, a właśnie w tym momencie irytacja, która narastała we mnie od rana osiągnęła punkt krytyczny. 
Uśmiechnęłam się najbardziej szczerze, jak tylko potrafiłam, opierając się o drzwi boksu. Kobieta wyglądała na nieco zbitą z pantałyku.
- W sumie... następnym razem będzie czyścił boksy, obiecuję. - odezwałam się spokojnie, kładąc jedną rękę na sercu, a drugą unosząc - Należy się 30 funtów. - dodałam, posyłając wściekłej kobiecie promienny uśmiech. 
Jej mina kiedy wyciągnęła z torebki portfel i mi zapłaciła była bezcenna. Aż miałam ochotę zrobić jej zdjęcie i, gdyby nie brak telefonu, pewnie trudno byłoby mi się powstrzymać. Mimo zaistniałej sytuacji ulżyło mi, kiedy zabrała dzieci i wyszła. Może jestem jakaś dziwna, a moje poczucie humoru tragiczne, ale strasznie mnie to wszystko bawiło. I nawet nie przejęłam się zbytnio tym, że, najprawdopodobniej, straciłam klienta.
Wyprowadziłam przed stajnię Oficera, nadal w świetnym humorze. Daniel wraz z Lady już na nas czekał. Chłopak wyglądał na nieco podirytowanego. Chyba nawet wiem czym.
- Dłużej się nie dało? - zapytał z przekąsem, a ja odczułam coś w rodzaju wewnętrznego triumfu, bo zgadłam. Choć w tym momencie nie wiedziałam czy żartuje czy też nie, nie przejęłam się za bardzo.
- Och, najmocniej przepraszam. - odparłam ze śmiechem, kłaniając się lekko. Naprawdę ta kobieta mnie bawi. Chyba humor utrzyma mi się do jutra. - Wydaję mi się jednak, że mogłam przyjść jeszcze później.
Wsadziłam stopę w strzemię i sprawnie dosiadłam kuca. Przeżyłam niemały szok, kiedy okazało się, iż nie muszę od razu go powstrzymywać, bo ten grzecznie stoi. Chyba za bardzo przyzwyczaiłam się do Mac i jej humorków. Drugim zaskoczeniem było siodło, które nijak nie przypominało wyścigowego. Dołożyłam łydkę, a Oficer od razu ruszył przed siebie dość energicznym stępem, co również mnie zaskoczyło, bo kiedy jeżdżą na nim dzieci wlecze się tak, jakby spał. Widać dziś rozpiera go energia, wyjątkowo. Jakby na potwierdzenie wałach wystrzelił z zadu dwa razy, a ja zaczęłam się śmiać jak powalona, z lekkim trudem utrzymując się w siodle.
- Co cię tak bawi? - zapytał Daniel, doganiając mnie.
Spojrzałam w jego stronę. Na Lady wyglądał dość zabawnie, jakby był odrobinę za duży. Kiedyś widziałam sporo ponad czterdziestoletnią kobietę, która dosiadała hucuła. Widok był porównywalny. Tylko, że ona sobie z tym konikiem nie radziła, po pięciu minutach spadła, wprost do kałuży.
- To głupie, ale chyba właśnie straciłam klientkę. - przyznałam się bez bicia. Bo i po co miałabym to przed nim ukrywać? I tak jego rodzice pewnie się dowiedzą, bo raczej wpłynie na mnie skarga... kolejna...

Daniel? Jakieś takie nijakie, następnym razem postaram się bardziej.

Od Ashley CD. Daniela

Brak komentarzy:
Przyznam szczerze, byłam nieco zmieszana, a w sumie trochę mnie wryło w ziemię, kiedy Daniel zaczął ściągać spodnie. Z otępienia wyrwała mnie dopiero wypowiedź chłopaka. Więc wyszłam szybko z szatni, tłumacząc się przymusem odwiedzenia Danse Macabre, ale i tak to tylko wymówka. Niby nie powinnam tak reagować, przecież mam trzech braci, no ale to nie to samo.
Po chwili stałam już przy swojej klaczy, gładząc ją lekko po szyi i bawiąc kosmykami jej ciemnej grzywy. Widać było, że folblutce się to podoba, w końcu to nie czyszczenie, dlatego pozwalała mi na to. Odwróciłam głowę w stronę okna, po którym spływały strugi deszczu. Tak paskudnej pogody nie widziałam już dawno. Wcale nie spieszno mi było do wyjścia, z każdą chwilą padało coraz bardziej. Zanim dotarłabym do domu minęłoby jakieś dwie godziny, a w taką pogodę wcale mi się nie uśmiechały spacery. 
- Przeczekam... - mruknęłam sama do siebie.
Zadzwoniłabym po tatę, ale wiem, że na niego nawet nie ma co liczyć. Nie wiem co musiałoby się stać żeby raczył po mnie przyjechać, ale zwykły deszczyk raczej go do tego nie przekona. 
Nadal wlepiałam mętny wzrok w okno, dlatego kiedy przyszedł Daniel nie od razu go zauważyłam
- Znów się spotykamy. - odezwał się, posyłając mi uśmiech. Naprawdę podziwiałam go za to, że jest taki pozytywny, że potrafi taki być. Zazdroszczę mu tego bardzo. - Jedziesz do domu? - zapytał.
Spojrzałam przelotnie na okno i jęknęłam w duszy. Z każdą minutą coraz gorzej.
- W sumie to... nie wiem. - w pierwszej chwili miałam powiedzieć, że tak, jednak w ostateczności odpowiedziałam zgodnie z prawdą. 
Daniel uniósł brwi, nieco zdezorientowany moją wypowiedzią. W sumie to się nie dziwię, jak można nie udzielić jasnej i prostej odpowiedzi na, tak łatwe pytanie.
- To znaczy... mój ostatni autobus uciekł i albo będę wracać na pieszo do domu w tę ulewę albo poczekam aż nieco przejdzie - wyjaśniłam po chwili.
- Albo pojedziemy rowerem do mnie i podwiozę cię autem, to też jakieś wyjście - ruszył ku wyjściu i znowu się do mnie uśmiechnął, a ja zaczęłam się zastanawiać z jakiego powodu jest dla mnie miły. Przecież nigdy nie byłam dla niego specjalnie uprzejma. - Idziesz? - spytał.
Nie zastanawiałam się długo, szybko wyskakując z boksu Danse Macabre. 
- Idę. - potwierdziłam, doganiając go.
Wyszliśmy na zewnątrz, a mnie aż przytłoczyło. Było jeszcze bardziej zimno i jeszcze bardziej mokro niż przypuszczałam. Otuliłam się szczelniej bluzą, co i tak dużo mi nie dało, bo materiał był tak cienki, że, mimo iż byliśmy na deszczu może ze dwie minuty, już doszczętnie przemokła. W dodatku zerwał się silny wiatr, co jeszcze wzmogło uczucie przemarznięcia.
- Przyjemny wieczór. - Daniel nie tracił swojego humoru.
- Och tak, bardzo. - odparłam sarkastycznie.
Powlekliśmy się, no dobra, tylko ja się wlekłam, w stronę jakiejś szopy, która posłużyła chłopakowi jako garaż. Wyciągnął z niej czarny rower.
- Wsiadaj. - uśmiechnął się.
Spojrzałam na pojazd nieco niepewnie, zupełnie jakby zaraz miał mnie zjeść czy coś...
- Tylko nas nie zabij, okej? - powiedziałam, zajmując miejsce na bagażniku.
- Postaram się. - zażartował w odpowiedzi, uśmiechnęłam się ale jakoś mi nie było do śmiechu.
Droga nie trwała długo, ale zdążyłam przez ten czas cała zmoknąć, przemarznąć i zdrętwieć. Najgorsze było jednak kto, że rower podskakiwał na wybojach i kamyczkach, a ja razem z nim, prze co nieco potłukłam sobie niektóre części ciała. Po chwili, na szczęście, już byliśmy na miejscu.
- Było aż tak źle? - zapytał mnie chłopak, kiedy zsiadłam z roweru.
Spojrzałam na niego trochę oszołomiona.
- Zależy jak na to spojrzeć. No bo żyjemy. Ale boli mnie tyłek. - stwierdziłam śmiertelnie poważnie.
Daniel wybuchnął niekontrolowanym śmiechem i poszedł odprowadzić rower.
- No co? - burknęłam.
- Nic. Nigdy nie spodziewałem się, że... - machnął ręką lekceważąco - Zresztą, nie ważne. Chodź.
Nie wnikałam o co mu chodziło i tylko poszłam za nim, tak jak mi powiedział.
Zajęłam miejsce z przodu na miejscu pasażera. Pomruk zadowolenia wydobył się z moich ust, kiedy wreszcie mogłam ułożyć się w miarę wygodnie, choć mimo wszystko było mi zimno. Daniel chyba zauważył, że cała się trzęsę, bo podkręcił ogrzewanie w samochodzie. 
Jechaliśmy we względnej ciszy, tylko radio grało w najlepsze, więc wyjęłam z kieszeni telefon, sprawdzając czy przypadkiem ktoś do mnie nie dzwonił, ale na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Mimo wszystko wysłałam SMSa do Luke'a z pytaniem czy wszystko u nich w porządku. Sama bym do nich zadzwoniła, ale nie odbiorą telefonu, a z całej trójki tylko Luke mi odpisze. I po co im są te komórki? Daniel próbował spojrzeć na ekran.
- Patrz na drogę. Chciałabym jeszcze trochę pożyć. - powiedziałam pół żartem pół serio.
- Znów pracujesz? - zapytał.
- Tak, jako pełnoetatowa opiekunka do dzieci. - powiedziałam, a po chwili jeszcze wyjaśniłam -Tylko sprawdzam, czy moi bracia jeszcze żyją. 
Daniel sprawiał wrażenie, jakby chciał mi coś powiedzieć, ale zrezygnował w ostatniej chwili. Tylko zerkał od czasu do czasu moim kierunku, co było trochę denerwujące. Może jestem jakaś dziwna, ale naprawdę nienawidzę, kiedy ktoś na mnie patrzy. Szczególnie wtedy, kiedy jestem w tak okropnym stanie jak teraz i wyglądam jak przemoczony kurczak.
- Co? - zapytałam.
- Nic. Po prostu zastanawiałem się, dlaczego jesteś kolejną dziewczyną, która mnie nie znosi. - odparł lekko.
Z całej siły próbowałam nie wybuchnąć śmiechem. Że co? Takie wrażenie sprawiam?
- To prawda, że niektóre ze starszych dziewczyn w stajni cię nie znoszą ale ja nie należę do tej grupy. 
- Nie? W taki razie do której? - poruszył znacząco brwiami.
- Do tych młodszych, które cię ubóstwiają, wiesz, jestem szefem twojego fanklubu. - zaśmiałam się, odgarniając z czoła mokrą grzywkę. - Skręć tutaj, dalej już pójdę. - dodałam wskazując na ścieżkę przecinającą las.
- Przecież cię odwiozę, skoro już tu jestem.
- Ale nie wyjedziesz, pewnie jest tam teraz straszne bagno. 
Samochód zjechał na pobocze i zatrzymał się. Otworzyła drzwi, ale nie wysiadłam.
- Naprawdę bardzo ci dziękuję. W ramach rewanżu mogę ci kiedyś ustawiać drążki na treningu. - powiedziałam i wysiadłam.
Kilka minut później byłam już w domu. Evy nadal nie było, bo miała wrócić dopiero po weekendzie, a tata spał na kanapie w garniturze i poluzowanym krawacie. Okulary przekrzywiły mu się na nosie. Podeszłam do niego i zdjęłam mu je. Dlaczego z wszystkich cech jakie mógł mi przekazać odziedziczyłam po nim tylko jego wadę wzroku?

*~*~*

W niedzielę rano okazało się, że zamiast iść do kościoła , jak co tydzień, muszę pojechać na izbę przyjęć. Zadzwoniłam do Sylvi, żeby zastąpiła mnie w pracy, bo mogę się sporo spóźnić. Moja ręka strasznie krwawiła i już mi się skończyły bandaże. Pojechałam do szpitala, busem, bo tata nie chciał mnie odwieźć. Dobrze, że w niedzielę coś w ogóle kursuje, bo wtedy miałabym mały problem. Najpierw oczywiście stawiłam się w okienku przy recepcji. I , to również oczywiste, nie obyło się bez czekania w kolejce. Nie miałam się czym zając, bo wczoraj zgubiłam gdzieś telefon, zakładam, że gdzieś w stadninie , dlatego zajęłam się liczeniem płytek, którymi wyłożona jest podłoga. Szybko jednak zrezygnowałam z tego zajęcia i zaczęłam się rozglądać i kręcić, i wiercić. Ludzie patrzyli na mnie jak na wariatkę. Kiedy w końcu udało mi się wejść do gabinetu lekarza ten omal nie udławił się sokiem, kiedy mu powiedziałam, że ugryzł mnie koń. Nadal nie rozumiem co w tym śmiesznego... Nie obyło się bez szycia czym zbytnio się nie przejęłam. Nie pierwszy, i pewnie nie ostatni, raz mi się to zdarza i już dawno zdążyłam się przyzwyczaić do tego, że jeżdżę na Mac dosyć... uszkodzona.
Od razu po szpitalu pojechałam do stadniny. Na pierwszą jazdę nie zdążyłam, ale mam szanse dotarcia na drugą. Dzisiaj byłam umówiona tylko z czworgiem dzieci, dlatego nie będzie dużo do roboty. 

*~*~*

Mocno wkurwiona weszłam do siodlarni i wręcz rzucałam sprzętem, odkładając go na miejsce. Właśnie skończyłam ostatnią lekcję i miałam sama potrenować, ale nie wiem czy w tym stanie jest sens robić z Danse Macabre coś wymagającego. Znowu przyszła jakaś super-mama, przyprowadzając swojego syna, który miał mieć lekcję. Ale nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia co ona sobie wyobrażała, przyprowadzając jeszcze swojego drugiego trzyletniego synka i idąc sobie gdzieś na godzinę. Nigdy nie przejmowałam się dziećmi, które przychodziły wraz z rodzeństwem i patrzyły na lekcję, bo były z nimi rodzice, a ta głupia baba zostawiła swoje dziecko. Zorientowałam się dopiero wtedy, kiedy ten mały wbiegł na ujeżdżalnie, praktycznie pod końskie kopyta - ledwo zdążyłam go złapać. Koń się spłoszył i zrzucił drugiego chłopca. Nic mu się nie stało, ale jest już dziesięć minut po lekcji, a tej kobiety nadal nie ma!
Mrucząc i burcząc pod nosem niewyraźnie, pewne brzydkie słowa wyszłam z siodlarni, potrącając kogoś. Nawet nie wiedziałam kto to był, tylko rzuciłam krótkie "przepraszam" przez ramię. Chciałam przygotować Mac do treningu, ale muszę się zając tymi dziećmi, a przecież nie dam rady ogarnąć tej dwójki i jeszcze wrednej, rozwydrzonej klaczy. To nie realne! Mimo wszystko zawróciłam jeszcze do siodlarni , z zamiarem zabrania ekwipunku. A nóż się zjawi ta wstrętna baba.
- Cześć, Ashley. - usłyszałam za sobą czyjś głos. - Ile dzieci doprowadziłaś do płaczu dzisiaj?
Odwróciłam i zatrzymałam się tak nagle, że Daniel wpadł na mnie, przewracając mnie. 
- Dziś nikt nie płakał, jeszcze. - odpowiedziałam, gramoląc się z ziemi.
- Jeszcze? - podał mi rękę, którą przyjęłam.
- No tak. Na razie daję radę, ale nie wiem ile jeszcze wytrzymam. - wyjaśniłam - Nie wiem, kiedy oni wreszcie zdadzą sobie sprawę, że nie jestem niańką.

Daniel, wiem, że słabe, ale strasznie się długo zbierałam :/

Od Ashley CD. Daniela

Brak komentarzy:
Znacie to uczucie, kiedy wchodzicie do stajni i wita was radosne rżenie waszego rumaka, w pełni gotowego do pracy? Bo ja nie. Od początku wiedziałam , że współpraca z Mac nie będzie przyjaźnią rodem z książek. Mimo to, pisałam się na nią.
Danse Macabre kręciła się nerwowo po boksie, drobiąc w miejscu tymi swoimi chudymi nóżkami, kiedy przekroczyłam próg stajni. Była dziś jakoś niepokojąco pobudzona i, mówiąc szczerze, średnio przypadło mi to do gustu. Wyminęłam jej boks, udając się po sprzęt do czyszczenia, by zaraz rozprawić się z posklejaną od błota, ciemno gniadą sierścią klaczy. W ogóle to miłe, że dziś nie musiałam jej ściągać z karuzeli, bo ktoś ją przyprowadził. Ciekawe tylko kto się odważył na takie coś.
Otworzyłam drzwi i weszłam do pomieszczenia, a Mac momentalnie stanęła i znieruchomiała. Całkiem miła odmiana. Rozejrzałam się po boksie. W kącie leżały jakieś papierki, resztki jabłka i skórka od pomarańczy. Spojrzałam w sufit, z cichym "ja pierdole" cisnącym się na usta. Ile razy można tłumaczyć tym dzieciakom, żeby nie dokarmiały koni? No ileż można? Odetchnęłam głęboko, by się uspokoić i powoli zabrałam się do oporządzania wierzchowca. Nie musiałam się spieszyć, zresztą w tym przypadku pośpiech nie był wskazany. Byłam zaskoczona tym, że dziś przy czyszczeniu stoi tak wyjątkowo grzecznie. 
- Co cię dzisiaj napadło, hmmm? - zwróciłam się do niej ze śmiechem.
Zwykle rutynowe czynności jakie przy niej wykonywałam zmieniały się w małe wojny. A to kłapnie, na ciebie zębami, przyciśnie do ścianki działowej, niby przypadkiem nadepnie na stopę. A dziś - spokój. Z jakiegoś powodu jednak zaczęło mnie to niepokoić. Wolałabym, żeby zachowywała się normalnie, przynajmniej byłabym pewna, że wszystko z nią w porządku. Obejrzałam ją dokładnie, ale nie znalazłam jakichkolwiek oznak choroby. W dodatku klacz przyglądała mi się tymi swoimi żywymi gałami tak, jakbym co najmniej zgłupiała albo mocno uderzyła się głowę. 
- Co się gapisz? - spytałam pieszczotliwie, po czym wróciłam do przerwanej wcześniej czynności.
Wszystko poszło mi bardzo szybko i sprawnie, a Mac - o dziwo - nawet nie robiła mi problemów z nogami. Zawsze użeram się z tym, pół godziny, a teraz zero sprzeciwu z jej strony. Wzruszyłam tylko ramionami i udałam się po ekwipunek, klnąc na siebie w duchu, że nie pomyślałam o tym wcześniej. Na jeden raz byłam w stanie wziąć tylko siodło, dzisiaj wyścigowe, owijki i toczek, ale to chyba bardziej przez to, że gdzieś położyłam ogłowie i nie bardzo zapamiętałam gdzie, a nie żebym go nie uniosła. Wróciłam więc do boksu, gdzie sprawnie zarzuciłam siodło wraz z czaprakiem na grzbiet Mac, uprzednio odkładając kask. I w tym momencie pojawił się pierwszy problem. Klacz nadęła się jak balon i nie mogłam dopiąć popręgu. Danse Macabre od zawsze przy siodłaniu tak robiła, dlatego na treningach trzeba było to poprawiać. W sumie to trochę mnie to uspokoiło.
- Wciągnij brzuch.. - jęknęłam, dlaczego nie mogę mieć trochę więcej siły? - no wciągaj.
Po kilkuminutowej walce z tym głupim paskiem w końcu udało mi się go zapiąć, ale pewnie i tak będę musiała go dopinać setki razy. Kiedy chciałam założyć owijki, Macabre zaczęła się wiercić i walnęła mnie ogonem prosto w oko, na co z moich ust wydobył się cichy jęk. Czyli wszystko wróciło do normy. Poszłam jeszcze raz do siodlarni, tym razem po ogłowie, które w końcu jakoś udało mi się znaleźć. Chociaż byłam przekonana, że zostawiłam je gdzieś indziej. W drodze powrotnej jakoś tak dziwnie się złożyło, że minęłam Daniela, którego w pierwszej chwili nie rozpoznałam, bo stał tyłem do mnie, on również przygotowywał się do swojego treningu. Tylko był ubrany... nie jak na trening. Nie komentuj, powtarzałam sobie w myślach, nie komentuj.
- Masz zamiar jeździć w tym stroju? - zapytałam. No cóż, nie mogłam się powstrzymać. Za tę ciekawość pójdę kiedyś do piekła.
Chłopak odwrócił się do mnie i spojrzał tak, jakby zobaczył jakiś cud bożonarodzeniowy. 
- Miałem zamiar to zrobić. - przewrócił oczami, zupełnie jak to robią aktorzy na scenie, w teatrze - Też teraz trenujesz? - dodał.
Skinęłam mu w odpowiedzi głową i wróciłam do mojego konia, któremu najwyraźniej dziś coś odbija i to nie są żary. Znów stała spokojnie, nieruchomo. Westchnęłam cicho, wiedząc co teraz mnie czeka. Zsunęłam kantar na szyję klaczy i spróbowałam ubrać jej ogłowie. Oczywiście zaczęła protestować. Za drugim podejściem również się nie udało, dopiero przy trzecim podejściu jakoś udało mi się to zrobić, a to nie spodobało się mojej podopiecznej. Zobaczyłam znajomy błysk w jej oku i już wiedziałam co za chwilę się stało. Chciałam cofnąć rękę i udało mi się uciec przed zębami konia. Dzięki temu moja czujność się uśpiła, więc Mac korzystając z okazji ugryzła mnie w dłoń, co wywołało u mnie dość głośny krzyk, nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak potrafię. Moja reakcja nie była spowodowana bólem, choć bolało bardzo, ale po prostu zaskoczeniem. Nie spodziewałam się, że spróbuje po raz drugi.
- Jezu, znowu... - za niedługo odpadną mi dłonie. Żaden koń nie pogryzł mnie tyle razy co ona, ba, nawet wszystkie konie, którymi się zajmowałam razem wzięte tego nie dokonały.
Krew, która kilka minut wcześniej zaczęła cieknąć mi po dłoni stworzyła już małą, szkarłatną kałużę. W szafce chyba mam bandaż. To zdecydowanie nie jest mój dzień. Udałam się do mojej szafki, mrucząc pod nosem znane mi przekleństwa, w wielu językach świata, mając gdzieś własną kulturę osobistą. Usłyszałam kroki i za chwile moim oczom ukazał się Daniel we własnej osobie. Byłam aż tak głośno?
- Co się stało? - zapytał, jakby nie dowierzając, że jestem w stanie wydać z siebie tak przeraźliwy odgłos. 
- Nic. Trochę się nie dogadałyśmy. - odparłam, wskazując głową na Mac.
Daniel zaśmiał się. To miłe z jego strony, naprawdę... Udało mi się go rozbawić własnym nieszczęściem.
- Nawet własny koń nie może cię znieść, dziwię się jak te dzieciaki z tobą wytrzymują. - zażartował.
Mimowolnie uśmiechnęłam się. 
- Nie wytrzymują. Nie słyszałeś? Dzisiaj się jeden popłakał. - odpowiedziałam w tym samym tonie i wyminęłam go, żeby w końcu opatrzyć ranę. - Powodzenia na treningu. - dodałam, chwilę później odwracając się.
- Tobie chyba bardziej się przyda. - rzucił i również oddalił się w swoją stronę.
I próbuj człowieku być miłym.
Wyszłam ze stajni z około piętnastominutową obsuwą czasową co oznaczało, że albo skrócę trening, albo spóźnię się na autobus i ponad siedem kilometrów będę musiała wracać z buta. Dlaczego w wakacje likwidują połowę kursów? Zaprowadziłam klacz na ujeżdżalnie, gdzie pojechałyśmy najpierw kilka kółeczek stępa, a później kłus. Udało mi się wreszcie dopiąć popręg, ale i tak musiałam go poprawiać dwa razy. Mac jak zwykle rozpierała energia, przez co musiałam ją mocno hamować. Już się boje co będzie jak wyjdziemy na tor. Nasza rozgrzewka odbyła się bez większych szaleństw, bo klacz tylko dwa razy strzeliła z zadu, udając jakiegoś barana. Wkurza mnie fakt, iż jako jedyna z Amwell zajmuję się wyścigami. Konie lepiej pracują w grupie, a już najlepsze treningi przeprowadza się w parach. Choć jest i ta zaleta, że nie trzeba sobie wcześniej zajmować terminów.
Pojechałyśmy na tor, pogoda niestety postanowiła się trochę zbuntować, bo zaczęło padać, znowu. Nie wiem co Mac ma z głową, ale od razu od nowa zaczęła rozpierać ją energia, deszcz zdawał się jej nie przeszkadzać, w sumie to nawet nie zwróciła na niego uwagi. Musiałam ją nieźle zwalniać, żeby nie pędziła w swoim zwykłym szaleńczym tempie. Aż mnie na nowo rozbolała ręka, ale starałam się to ignorować. Razem z trenerem ustaliliśmy, że koń w szczytowej formie ma być na jesień, więc teraz (ani nigdy) nie mogę jej forsować na treningach, choć i tak są intensywniejsze niż wiosną i wczesnym latem.. Poza tym trener obrał taktykę ciemnienia Mac. Mamy ukrywać jej prawdziwe możliwości. Nie wiem co dokładnie chce przez to osiągnąć, poza tym, że będziemy lekceważeni przez pozostałych dżokejów, ale ufam mu w tej kwestii, jak mało komu.

*~*~*

Wprowadziłam Mac do boksu i rozsiodłałam ją. Jak zwykle było jej mało treningu, podczas gdy ja byłam wykończona. Wierciła się niemiłosiernie i przepychała ze mną w boksie, po czym jeszcze zdeptała. Zaśmiałam się pod nosem, bo ona zachowuje się jak rozpuszczona diva. Poszłam odnieść sprzęt do siodlarni, przyniosłam derkę i okryłam nią rozgrzaną i mokrą od deszczu klacz. Ona tylko odwróciła się do mnie zadem i machnęła ogonem, jakby się opędzała od natrętnej muchy.
- Złośnica z ciebie. - skwitowałam. 
Spojrzałam na zegarek na ręce. Właśnie odjechał mój ostatni autobus. Świetnie. I co mi było po tym, że wcześniej zakończyłam jazdę? Bądź optymistą - przynajmniej nie trzeba będzie się szybko zbierać. I wcale mnie to myślenie nie pocieszyło. Ruszyłam więc nieco smętnym krokiem do szatni, gdzie się przebrałam i powlekłam się, bo inaczej tego nazwać się nie da, do swojej szafki. Byłam potwornie zmęczona, myślałam, że odpadną mi ramiona od ciągłego powstrzymywania konia, plecy miałam jakieś takie zesztywniałe i w ogóle czułam, że zdycham. Choć trening to zawsze nic w porównaniu z tym co dzieje się po nim. Kocham tę klacz, ale naprawdę potrafi być męcząca, co jest nieco irytujące. Większość koni stąd to anioły, w porównaniu z tym potwornym diabłem. Oparłam głowę o chłodne, metalowe drzwiczki mojej szafki. Jakoś tak siły mi opadły i nie chcę mi się pakować. I tym bardziej nie chcę mi się wracać do domu. 
- Ciężki trening? - zapytał Daniel, wchodząc do pomieszczenia. 
Swoją drogą to dziwne, że dzisiaj tak często na siebie wpadamy, bo zwykle raczej rzadko się widujemy. Przetarłam twarz ręką i skrzywiłam się nieco.
- Mój koń to potwór. - odparłam. Niedawno odkryłam u siebie pewną dziwną zależność; im bardziej jestem zmęczona tym bardziej widać we mnie człowieka.
- Cóż, w takim razie pasujecie do siebie. - skwitował Daniel.
- Potraktuję to jako komplement. - naprawdę nie mam już siły myśleć - Jak tobie poszło?

Daniel? wiem, że dziwne, ale ja nie ogarniam mojego umysłu ><

Od Ashley

Brak komentarzy:
- Jay, miałeś mnie obudzić! - warknęłam na brata, zbiegając w szaleńczym pędzie po schodach i omal się na nich nie zabijając.
Szatyn siedział jak gdyby nigdy nic z mordką w telefonie i tylko machną na mnie ręką lekceważąco. Gdyby nie to, że za dziesięć minut odjeżdża mój autobus nie uszłoby mu to na sucho.
- Zapomniałem. - mruknął tylko, nawet nie racząc zaszczycić mnie spojrzeniem. Z całej trójki to właśnie on jest najpodobniejszy do mnie. Jeżeli chodzi o charakter, rzecz jasna.
Pozostali chłopcy jeszcze spali, Evy nie było w domu, bo miała jakieś szkolenie i wracała dopiero wieczorem, a ojciec... Cóż jego wiecznie nie było w domu, nad czym szczególnie nie ubolewałam. I tak nie traktował mnie jak córkę. Szkoda mi było tylko chłopców, dla nich był ważny.
Zbierałam moje rzeczy, które porozwalane były po całym domu i upychałam je do plecaka, co jakiś czas zerkając na zegarek albo warcząc na zwierzęta walające mi się pod nogami. Życie z psem, dwoma kotami i fretką wcale do łatwych nie należy, nie mam tylko pojęcia jak chłopcom udało się na to namówić ojca. 
- Obiad jest w lodówce, odgrzejcie sobie. - krzyknęłam, stojąc już w drzwiach z bluzą ubraną do połowy. Czasami naprawdę czuję się jak niańka.
Jay zdążył mi jeszcze rzucić jabłko zanim wyszłam z domu, za co podziękowałam mu gestem dłoni. Na szczęście on nie wymagał ode mnie wiele.
Zdążyłam dobiec na przystanek tuż przed odjazdem autobusu, dlatego nie udało mi się już zająć siedzącego miejsca. Z cichym westchnieniem wyciągnęłam telefon z kieszeni, powoli analizując mój plan dnia na dzisiaj. 
Dzięki uprzejmości Państwa Herring mogłam jeździć w konno i zakwaterować konia w ich stadninie, w zamian za pracę. Na początku przejęłam tylko obowiązki stajennego, ale po niedługim czasie właściciele dowiedzieli się o moich uprawnieniach instruktorskich i teraz uczę początkujących jeźdźców, głównie dzieci. Choć czasem zdarza mi się znów być stajennym. W zasadzie to w każdy weekend, ferie i wakacje. Nie musiałabym tego robić, gdyby mój tata nie stwierdził kilka lat temu, że nie będzie inwestował w coś, co nie ma przyszłości. Bardzo pokłócili się wtedy z Evą, która uważała, że nadal powinien mi to sponsorować. Tylko ona się za mną wstawiła. Jednak cieszę się, że on nie chce dłużej wykładać na mnie pieniędzy, przynajmniej nie jestem mu nic dłużna. Pracuję tam już od pół roku, czyli odkąd musieliśmy się tu przeprowadzić przez pracę ojca.
Wróciłam do studiowania mojego rozkładu zajęć. O godzinie jedenastej mam lonżę z jakimś chłopcem, który dopiero zaczyna przygodę z jeździectwem. I to moja pierwsza lekcja dzisiaj, nie jest tak źle, bo dostałam pół godziny przerwy między piętnastą trzydzieści a szesnastą, a o osiemnastej już kończę pracę. Za to zaczynam własny trening.
Do stadniny dotarłam przed ósmą i od razu zabrałam się do pracy. Dziś nie było jakoś specjalnie dużo ludzi, ale to pewnie przez wczesną porę. Czas miną mi dziś zaskakująco szybko, ledwo zdążyłam zrobić to, co do mnie należało, a już musiałam przygotować konia do jazdy. Ledwo zdążyłam zjeść to głupie jabłko.
Punktualnie o godzinie jedenastej zjawił się ów chłopiec w towarzystwie, prawdopodobnie, swojej matki. Wyglądał na około siedem-osiem lat, miał potarganą blond czuprynę i duże zielone oczy.
- Cześć kolego. - przywitałam się. Przyznam szczerze, że kontakty z ludźmi nie należą do moich mocnych stron, ale jak trzeba to trzeba. Mimo wszystko potrafię się wysilić.
Nie podejrzewałam jednak, że ta półgodzinna jazda będzie aż takim horrorem. Dzieciak był koszmarny, rozpuszczony jak dziadowski bicz. Kiedy tylko usadziłam go na kucyku zaczął krzyczeć, piszczeć i płakać, że chce zejść. Z kolei jego matka nalegała na to, iż chłopiec ma jeździć, więc około połowę z czasu przeznaczonego na jazdę próbowałam go do tego przekonać. Skończyło się na piętnastominutowej oprowadzance, przerywanej głośnymi szlochami. No ale cóż poradzić... Klient nasz pan.

*~*~*

- Dalej, dalej! - usłyszałam słowa dwunastoletniej Natalie, która próbowała popędzić konia.
Spojrzałam na nią z miną srogiej nauczycielki. Brakowało tylko, abym pogroziła jej palcem, efekt byłby cudowny.
- Nie "dalej", tylko łydkę od tego masz! - odkrzyknęłam.
Lubię mieć lekcję z tą małą. Widać, że dziewczyna się stara, próbuje się poprawiać, nawet sama wyłapuje swoje błędy. Poza tym widoczne są też efekty.
Pogoda była dziś wymarzona do jazdy konnej. No może poza tym, że lało jak z cebra i było okropnie duszno, a ja mokłam na ujeżdżalni nadzorując trening. Zajęłabym halę tylko, gdyby miało sypać gadem. Moi "uczniowie" mówią, że strasznie ich męczę, ale będą jeździć na dworze póki będzie się dało. Na halę zabieram ich w ostateczności.
- Ashley! - usłyszałam jak ktoś mnie woła. 
Odwróciłam głowę w tamtą stronę i zobaczyłam Sylvię. Ona również tutaj pracuje. Podeszłam do ogrodzenia, gdzie stała.
- Zwariowałaś, żeby pozwalać jej jeździć na takim deszczu? - zapytała z niedowierzaniem.
Sylvia jest w porządku, dobrze się z nią dogaduję, moja małomówność wcale jej nie przeszkadza, bo nadrabia swoim gadulstwem za nas dwie. mimo wszystko, czasami denerwuje mnie, że podważa wszystkie moje decyzje.
- Nie. - ucięłam krótko i uniosłam lekko brwi, dając jej znak, że nie wiem czego od mnie chce. -Natalie, a teraz przejścia stęp-kłus na długich ścianach, na krótkich ćwiczebny! I skróć wodze, bo ci wiszą! 
- Wykończysz kiedyś tę dziewczynę... Kiedy masz przerwę? - zapytała.
Patrzyłam chwilę jak idzie Natalie, a dopiero później przeniosłam wzrok na Sylvię. 
- Teraz będę miała pół godziny. - odparłam krótko.
- Świetnie! W takim razie idziesz ze mną na ciastko. - wykrzyknęła entuzjastycznie - Pójdziesz, prawda? - dodała niepewnie.
Dłuższą chwilę kalkulowałam ile czasu nam to zajmie i czy zdążę, ale zdrowy rozsądek musiał ustąpić mojemu żołądkowi, który już od dłuższego czasu domagał się jedzenia. Jakby na dowód tego zaburczał głośno, co brzmiało zupełnie tak jakbym miała w brzuchu jakiegoś wciekłego potwora.
- Okej. - odparłam. - Dobra, teraz masz dziesięć minut wolnego i będziemy kończyć! - krzyknęłam do Natalie.
Kiedy tylko skończyłam lekcję, Sylvia siłą wciągnęłam mnie do swojego samochodu. Nie mam pojęcia dlaczego, ale była naprawdę w bardzo dobrym, wręcz szampańskim humorze. I w sumie wolałam nie wiedzieć o co jej chodzi, ten optymizm mnie przerażał.
W kawiarni byłyśmy jakieś pięć minut później. Uparłam się, żeby zająć stolik na tarasie pod parasolką, bo tam nie było dziś ludzi. Przez deszcz wszyscy tłoczyli się w środku. Sylvia nawet nie musiała mnie pytać co chcę, zawsze biorę to samo - kawałek brownie i cappuccino. Korzystając z chwili jej nieobecności (kolejka na szczęście była długa) wyjęłam z plecaka zeszyt i ołówek. Musiałam ustalić nowy plan treningowy dla Danse Macabre, co było dość czasochłonne, a że ja nigdy nie mam czasu musiałam wykorzystywać momenty takie jak ten. 
Oczywiście teraz mam zrobiony tylko ogólny zarys. Wszystko muszę konsultować z weterynarzem i właścicielami Mac, czyli właścicielami poprzedniej stadniny, w której jeździłam. To z kolei zwiastuje wielogodzinne wiszenie na telefonie. I choć wcale nie mam na to ochoty, muszę się tym zająć. 
Właśnie nanosiłam jakieś drobne zmiany i poprawki, kiedy usłyszałam szuranie krzesłem o podłogę. Nie zwróciłam na to najmniejszej uwagi, dopóki ktoś nie odezwał się do mnie, o mało co nie przyprawiając mnie o zawał.
- Nigdy nie odpoczywasz? - zapytał Daniel Herring. Co za palant. Dziękowałam Bogu, że nie widać po mnie emocji, bo myślałam, że zaraz serce mi stanie ze strachu. 
Zaskoczył mnie. Od pół roku mijamy się tylko, okazjonalnie mówiąc do siebie "cześć" i nic więcej. Właśnie dlatego zastanawiało mnie czego ode mnie chciał.
- Rzadko. - odparłam krótko.
Może jego rodzice go przysłali? Nie... oni sami załatwiają sprawy ze swoimi pracownikami. Więc o co może chodzić. Strasznie wkurzał mnie fakt, że on tak bezczelnie się na mnie patrzy, niech patrzy na kogoś innego. Nie dałam nic po sobie poznać, dalej baźgrolącł w zeszycie, a w głębi duszy błagałam, żeby Sylvia wróciła już z tym cholernym ciastkiem. Podniosłam głowę znad zeszytu, obrzucając chłopaka chłodnym spojrzeniem.
- Coś jeszcze? - zapytałam. 
Strasznie dużo uwagi poświęcam dziś ludziom, a powinnam się skupić na własnej pracy.

Daniel? Byłabym bardzo wdzięczna za dokończenie


Szablon dostosowany do przeglądarki internetowej Google Chrome. ©Agata | WS | x x.