+

Archiwum

Etykiety

Aleksandra (2) Alexandra (2) Allijay (2) Amelia (11) Ashley (9) Ashton (2) Aspen (6) Astrid (2) Aviana (1) Carmen (7) Carter (2) Cole (7) Cruz (1) Damien (2) Daniel (16) Delfina (2) Dezydery (1) Eden (3) Eleonora (2) Elizabeth (2) Gabrielle (3) Giselle (2) Gwen (3) Harry (3) Heather (6) Igor (1) Iris (1) Jack (2) Jean (1) Josephine (2) Leo (2) Liam (1) Luke (1) Maxine (3) Naomi (1) Naomi Sullivan (1) Nowa postać (50) Olivier (2) Raven (1) Rebeca (1) Skylar (1) Sophie (2) Steven (1) Thomas (2) William (1)

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Carter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Carter. Pokaż wszystkie posty

Od Cartera CD. Giselle

Brak komentarzy:
Są takie chwile kiedy naprawdę nie wiem co powinienem zrobić, żeby nie pogorszyć sytuacji. Plącze mi się wówczas język, a mięśnie sztywnieją jakbym stał bez ruchu kilka bitych godzin. Niestety w obecności Giselle zawsze działy się rzeczy stawiające mnie pod ścianą, nawet gdy sama nie miała na nie najmniejszego wpływu. To tak jakby przyciągała wszystkie możliwe kataklizmy, wojny oraz choroby niczym Jeźdźcy Apokalipsy.
Wyszarpując mi brutalnie siodło z rąk i posyłając litry czystego jadu, dziewczyna sprawiła, że znalazłem się w sytuacji z której było tylko jedno bezpieczne wyjście. Niestety wiązało się z dość dużymi kosztami, więc chwilę stałem bez ruchu czując jak krew zaczyna mi coraz głośniej skwierczeć w żyłach. Szanse na porozmawianie twarzą w twarz z Platonem były już większe niż spotkanie Giselle tu, w akademii. Czemu więc widziałem jak zaczęła z wściekłością czyścić siodło, a jej wiecznie rozburzone kłaki wpadły do specjalnej pasty?
Chciałem się odezwać, powiedzieć cokolwiek, ale głos uwiązł gdzieś głęboko w gardle. Ostatecznie z rezygnacją wyszedłem na zewnątrz w duchu przeklinając to niemożliwe spotkanie po latach. Dobrze wiedziałem, że weźmie moje zachowanie za zwykłe tchórzostwo i w odpowiedzi ponownie jadowicie się uśmiechnie.
______

Powoli przeżuwając zimną pizzę chyba po raz setny obiecywałem sobie, że będę unikał Giselle jak ognia, a jutro z samego rana wypiszę się z organizacji zabawy na Halloween. Niech się inni męczą. Włączyłem na laptopie losowy odcinek z pierwszego sezonu Mr. Robota i wyrzuciłem niedojedzony kawałek pizzy do kosza.
Choć starałem się z całej siły skupić na serialu to jednak natrętnie męczyło mnie pewne wspomnienie. Nie takie zwyczajne, bo najstarsze jakie posiadam. O zgrozo to Giselle grała w nim pierwsze skrzypce. Był to jeden z upalnych dni w przedszkolu, gdy biegaliśmy po małym placu zabaw. Sam nie wiem czemu wrzuciłem jej za kołnierz żywą dżdżownice, a ona w odwecie wysypała mi na głowę wiaderko z piaskiem. W kolejnych latach wycinaliśmy sobie nawzajem coraz gorsze "żarty".
Gdy zorientowałem się, że minęła już połowa odcinka, a ja przez cały ten czas bujałem w obłokach, z trzaskiem zamknąłem laptop i położyłem się wcześniej spać wściekły na Giselle, że po raz kolejny będzie mi łazić w brudnych butach po życiu.
______

Wstałem w naprawdę dobrym humorze i pełen zaskakującego optymizmu. Zachowywałem się tak jakby poprzedni dzień wcale nie należał do najgorszych w moim życiu. Z przyjemnością zjawiłem się w akademii i już miałem przekroczyć próg stajni by zobaczyć się z Raindropem, kiedy usłyszałem stukanie obcasów i czyjś przyśpieszony oddech.
- Zaczekaj... chwilkę... - wydyszał kobiecy głos tuż za moimi plecami.
Odwróciłem się powoli czując, że zaraz wyparuje dotychczasowy spokój ducha i sam dobry humor.
- Wszędzie cię szukałam kolego. Rano mieliśmy spotkanie z osobami zainteresowanymi pomocą przy organizacji balu Halloween'owego. Rozdałam już większość zadań, ale nie martw się, dla ciebie też się coś znajdzie - zaświergotała kobieta, która mimo sprzeciwów poprzedniego dnia wpisała mnie na listę chętnych.
Poprawiła wolną dłonią fryzurę przypominającą walącą się wieżę i zaczęła grzebać w swojej obszernej torbie, uparcie czegoś szukając.
- Gdzie ja to mam... - mruczała pod nosem. - No gdzie ja to... Ach tu jesteś! - Wyciągnęła z wielkim namaszczeniem spuchnięty od ilości dodatkowych kartek zeszyt i zaczęła go pośpiesznie wertować.
- Przepraszam bardzo, ale... - próbowałem zacząć, jednak kobieta nawet na mnie nie spojrzała i wciąż mówiła do siebie.
- C... Carter... Carter Jeremy Callahan... O tu cię mam. Twoim zadaniem będzie kupienie dekoracji Halloween'owych. To jest lista zakupów i pieniądze. - Wcisnęła mi do ręki kopertę oraz kartkę A4 usianą drobniuteńkim pismem. - Słuchaj młody człowieku, jak się dowiem, że kupiłeś coś z poza listy dla siebie to łeb ukręcę - powiedziała śpiewnym głosem i zamknęła zeszyt. - Macie na to cały tydzień i lepiej, żebyście się nie spóźnili.
Chciałem zaprotestować, powiedzieć, że wycofuję się z organizacji balu, ale coś przykuło moją uwagę.
- Czy pani powiedziała "my"?
- Tak, tak. Ty i Giselle. Jesteście w jednej grupie. - Uśmiechnęła się słodko. - Skoro wszystko już mamy obgadane to...
- Chciałem dzisiaj pani powiedzieć, że ja się jednak wycofuję - zacząłem ostrożnie. - Zresztą Giselle nie będzie teraz przez jakiś czas, więc to bez sensu. Na pewno znajdzie pani kogoś lepszego.
Nagle miły uśmieszek spełzł z twarzy kobiety, a na jego miejscu pojawił się paskudny grymas. Podeszła do mnie i wbiła swój czerwony paznokieć w moją pierś. Czułem jak emanuje od niej żądza mordu.
- Słuchaj smarkaczu. Jeśli ty i Giselle olejecie ten bal to osobiście sprawię, że w ciągu tygodnia wylecicie z akademii. Rozumiesz? Nie daruję wam - wycedziła przez zęby.
Pokiwałem delikatnie głową powstrzymując narastającą frustrację.
- Cudnie - powiedziała kobieta, po czym przybierając pogodny wyraz twarzy odwróciła się na pięcie i odeszła.
Dopiero kiedy zniknęła mi z oczu odważyłem się wypuścić z płuc dotąd wstrzymywane powietrze. To było naprawdę przerażające i dziwne. Co jej tak cholernie zależy na naszej dwójce?
Spojrzałem jeszcze raz na listę zakupów. Nie dość, że zawierała jakieś trzysta pozycji to jeszcze w połowie była dla mnie zupełnie nieczytelna. Wiedziałem co muszę zrobić, ale póki co odsuwałem od siebie tą natrętną myśl.
______

W dniu w którym mijał ostateczny termin na zrobienie Halloween'owych zakupów w końcu postanowiłem działać i poprosić Giselle o pomoc.
Zastałem dziewczynę w stajni sprzątającą boks jej klaczy. Zachowywała się jakby nigdy nic choć wiedziałem, że mnie zauważyła. Nie odzywałem się jednak tylko oparłem o ścianę czekając na jakąkolwiek reakcję z jej strony. Nie trwało to na szczęście zbyt długo.
Metalowe wiadro z brzękiem uderzyło o podłogę gdy Giselle cisnęła je tam z dziką furią.
- Czego chcesz? - warknęła prawie jak dzikie zwierze.
- Mamy kupić dekoracje na Halloween - odparłem beztrosko co ją jeszcze bardziej zdenerwowało.
- Już mówiłam, że nie biorę w tym udziału.
- Owszem bierzesz. Są nawet trzy powody dla których musisz to zrobić. - zacząłem spokojnie nie zważając na jej głośne protesty i obecność gapiów. - Pierwszy jest taki, że masz wobec mnie dług. Gdybym nie zdążył cię w tedy złapać miałabyś już, słonko, złamany ten swój śliczny nosek. Drugi, mówi, że jeśli się wycofasz to kobieta, która nas w to wpakowała nieźle się za to odegra. Trzeci jest bardziej optymistyczny, uwierz mi. Jak zabierzemy się za te zakupy we dwoje to szybciej skończymy. - Uśmiechnąłem się szeroko. - I co słonko? Dalej chcesz się wycofywać?

< Gigi? c: >

Od Cartera CD. Elizabeth

1 komentarz:
Bardzo rzadko zdarza mi się kilka przykrych sytuacji pod rząd. Może to dlatego, że jestem człowiekiem fortuny, albo zwyczajnie dopiero po dołączeniu do akademii poznałem jak smakuje prawdziwe samodzielne życie. W każdym razie, w bardzo krótkim odstępie czasu zalałem swoje nowe mieszkanie, rozbiłem samochód i podałem zły adres przewoźnikowi przez co wszystkie ciuchy, książki i inne rupiecie trafią do mnie dopiero za tydzień. Nic więc dziwnego, że postanowiłem odreagować krótką przejażdżką na grzbiecie Raindropa, uprzednio jednak kilkakrotnie sprawdzając czy wszystko na pewno jest dobrze zapięte. Nie warto przecież kusić losu.
Pogoda była wręcz idealna. Bezchmurne niebo, lekki wiatr szumiący w złocistych koronach drzew i ostre powietrze jakby wypełnione drobinkami lodu. Nienawidzę jesieni, ale nie mogłem wówczas odmówić jej piękna.
Raindrop jak zwykle poruszał się niezwykle ociężale, z uwagą stawiając kopyta na płowej trawie. Strzygąc leniwie uszami wyraźnie udawał, że nie słyszy moich komend.
Mieliśmy już właściwie wracać, gdy zobaczyłem dziewczynę wpadającą do rzeki. Widać mój pech udzielał się też innym.
Pomogłem jej wyjść z wody i po krótkiej wymianie zdań każdy udał się we własnym kierunku. 
Powrót do stajni zajął mi w sumie jakąś godzinę, bo Raindrop wyjątkowo często stawał w miejscu i jakby nigdy nic zaczynał skubać trawę. 
Porządnie zirytowany jego zachowaniem, rozsiodłałem wałacha i już miałem wracać do domu gdy przypomniałem sobie o pewnej nad wyraz ważnej sprawie. 
W miejscowej galerii miało się odbywać coś pokroju wernisażu pewnego artysty, którego obrazy zbierały ostatnio zaskakująco dobrze recenzje. Wstęp był wolny więc nie było mowy, żebym przegapił taką okazję. Niestety skończył mi się limit internetu w telefonie i nie miałem jak sprawdzić drogi do galerii, a wernisaż miał się rozpocząć za niecałe półtorej godziny. 
Szukając jakiegoś rozwiązanie wszedłem do siodlarni i zobaczyłem tam dziewczynę, którą przed godziną wyciągnąłem z wody. Elizabeth jeśli dobrze pamiętam. Wówczas zupełnie niespodziewanie do głowy wpadł mi pewien pomysł. Od tego czy wypali zależało wiele nieprzewidywalnych czynników, ale przecież raz się żyje.
- Znowu się spotykamy - powiedziałem na tyle głośno aby dziewczyna mogła usłyszeć. Uniosła powoli wzrok, a kiedy nasze spojrzenia się spotkały, na jej twarzy wymalowała się paleta uczuć. Zdziwienie, zmieszanie, niepewność. Trwało to jednak nie dłużej niż jedno mrugnięcie oka i już chwilę później uśmiechała się przyjacielsko.
- Cześć - odparła.
- Od dawna jesteś w akademii?
- Nie, właściwie dopiero co przyjechałam. Czemu pytasz?
- Po prostu... Kurde. - Przejechałem dłonią po karku i chwilę zbierałem myśli wbijając wzrok w jedną ze ścian. Miałem nadzieję, że jeśli jest tu dłużej niż ja to chociaż pokaże mi drogę. - Słuchaj może ci się to wydać dziwne, a nawet nietaktowne biorąc pod uwagę to, że znamy się właściwie jakieś pięć minut, ale potrzebuję twojej pomocy. Sam jestem nowy w akademii, a dziś w miejscowej galerii odbywa się wernisaż chwalonego malarza. Problem w tym, że skończył mi się internet w telefonie i nie mogę sprawdzić jak tam trafić. Póki co znam jedynie ciebie więc w sumie jeśli byś chciała i pozwoliła skorzystać z twojej komórki to moglibyśmy wybrać się tam razem. - Uniosłem pytająco brwi. - Moglibyśmy oboje poznać miejscowych i innych ludzi z akademii. Co ty na to, Elizabeth?

<Elizabeth? Pomysł jakiś miałam, ale fatalnie z realizacją.>


Szablon dostosowany do przeglądarki internetowej Google Chrome. ©Agata | WS | x x.