+

Archiwum

Etykiety

Aleksandra (2) Alexandra (2) Allijay (2) Amelia (11) Ashley (9) Ashton (2) Aspen (6) Astrid (2) Aviana (1) Carmen (7) Carter (2) Cole (7) Cruz (1) Damien (2) Daniel (16) Delfina (2) Dezydery (1) Eden (3) Eleonora (2) Elizabeth (2) Gabrielle (3) Giselle (2) Gwen (3) Harry (3) Heather (6) Igor (1) Iris (1) Jack (2) Jean (1) Josephine (2) Leo (2) Liam (1) Luke (1) Maxine (3) Naomi (1) Naomi Sullivan (1) Nowa postać (50) Olivier (2) Raven (1) Rebeca (1) Skylar (1) Sophie (2) Steven (1) Thomas (2) William (1)

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwen. Pokaż wszystkie posty

Od Gwen

Brak komentarzy:
Siedziałam na parapecie wpatrując się w dal przez okno, po którym powoli spływały ciężkie krople jesiennego deszczu. Na ulicy nie było ani widać, ani słychać żadnego żywego ducha, poza świszczącym wiatrem wędrującym pomiędzy wąskimi uliczkami i ulicami, z każdym podmuchem zmieniając kierunek padania deszczu i podrywając z ziemi liście, które już zdążyły opaść z drzew. Niebo miało kolor granatu, co jakiś czas rozjaśnianego przez błyskawice, którym towarzyszył potężny huk i skomlenie psa w ogródku sąsiada, który skulony siedział w najciemniejszym zakątku swojej budy.
Ciaśniej okryłam się kocem i mocniej ścisnęła ucho kubka, który trzymałam w rękach. W środku była herbata z imbirem i pomarańczą - coś na rozgrzanie w takie parszywe dni jak ten. Pomimo wczesnej godziny, już byłam na nogach i czekałam, aż deszcz trochę ustanie, aby pojechać do stajni i pomęczyć trochę swojego siwego rumaka. Jak to zawsze powtarzałam : "Kto nie jeździł na siwym, ten nigdy nie jeździł". Widziałam w tym trochę prawdy, bo siwe konie, na jakich kiedykolwiek jeździłam, okazywały się najwspanialszymi rumakami pod słońcem i nie zamieniłabym ich na żadne inne. Dzisiaj miałam w planach przelążowanie Svietlany i ustawienie jej korytarza z niewysokich przeszkód, aby ten krnąbrny koń w końcu się wyżył, bo ostatnio aż buchał nadmiarem energii. Na ostatnim treningu aż ją nosiło po parkurze i nie mogła spokojnie ustać w jednym miejscu chociażby przez kilka sekund, kiedy na widoku miała przeszkody, przez które mogłaby poskakać. Za parę miesięcy szykowały się ważne zawody, więc dobrze by było, gdyby klacz nie skręciła sobie szyi obracając głowy naokoło siebie szukając jakiejś stacjonaty czy oksera.
Zeskoczyłam z parapetu, odstawiłam kubek do zlewu i poszłam do holu. Narzuciłam na siebie kurtkę przeciwdeszczową i do jej kieszeni włożyłam kluczyki od samochodu, jednocześnie nakrywając sobie głowę kapturem, aby nie zmoczyć włosów. Ostatnio popełniłam ten błąd i na głowie miałam później coś, czego nie dało się rozczesać szczotką, a po wysuszeniu suszarką wyglądało jak gniazdo szynszyli, w którym zamordowano geparda. Nic przyjemnego.
Otworzyłam drzwi, wyszłam przez nie i zamknęłam je z trzaskiem. Dobra, teraz to matka na pewno się obudzi i po moim powrocie będzie mi robiła wykład na temat cichego zamykania drzwi, aby o tak wczesnej porze nie obudzić pół ulicy, a w szczególności jej. Bo ona przecież musiała się wyspać, aby mieć wenę i tworzyć nowe, jak ona nazywała te swoje bohomazy? A tak, "dzieła". Skrzywiłam się w myślach i spojrzałam przed siebie. Deszcz padał chyba jeszcze bardziej niż wcześniej, ale przynajmniej nie grzmiało tak jak wcześniej. Westchnęłam, odliczyłam w myślach do 3 i szybkim sprintem pobiegłam w kierunku samochodu, uważając, aby nie wbiec w centralny środek kałuży i zmoczyć całe spodnie. W biegu wyciągnęłam kluczyki z kurtki i otworzyłam auto. Wsiadłam do niego, zamknęłam drzwi i włożyłam kluczyki do stacyjki. Po chwili jechałam spokojnie ulicą, uważając na wszystko dookoła i rozglądając się, aby przypadkiem nie rozjechać jakiegoś jeża albo kota, czy Bóg wie czego jeszcze. Wycieraczki pracowały w zawrotnym tempie, robiąc wszystko, żeby na szybie było jak najmniej kropel deszczu i była jak najlepsza widoczność. W międzyczasie popijałam resztki energetyka, które zostały w samochodzie po mojej ostatniej nocnej eskapadzie na lotnisko po koleżankę o 2 nad ranem, bo ta wróciła z wakacji w Meksyku, a nie miał kto po nią pojechać. Z tego co się orientowałam, jej rodzicom po prostu nie chciało się ruszyć tyłka, bo jest taka "dorosła", a jej siostra siedziała w Irlandii od dwóch miesięcy, jako świeżo upieczona pani kierownik w firmie ze sprzętem do gry w golfa.
Po 30 minutach zaparkowałam samochód przed stadniną i wysiadłam z niego. Zamknęłam pojazd i ciasno owijając się kurtką pobiegłam w stronę stajni. Już teraz wiedziałam, że przejście ze stajni na halę będzie ciężką przeprawą. Ziemię pokrywała warstwa błota, która przy każdym nieostrożnym kroku, robiła psikusa i uciekała z pod nóg, przewracając delikwenta na glebę i zmuszając go do wzięcia przymusowej kąpieli błotnej.
Wchodząc do stajni, zatrzymałam się dopiero przed boksem Svietlany i zajrzałam do środka. Klacz leżała na słomie, ale na mój widok od razu poderwała się w górę i zarżała na powitanie. Pogłaskałam ja po pysku i poszłam do siodlarni, z której wróciłam z pudełkiem ze szczotkami, kantarem, uwiązem i lonżą. Rozłożyłam rzeczy pod boksem i otworzyłam drzwi. Już na pierwszy rzut oka widziałam, że cały prawy bok klaczy był brązowy, a drugi w takim samym kolorze, jednak trochę jaśniejszy.
- I powiedz mi, kochana, co Ty wyprawiałaś pod moją nieobecność? - zapytałam zrezygnowanym tonem, próbując rozczesać wyjątkowo okazałą zaklejkę na zadzie klaczy, która za nic na świecie nie chciała się poddać. - Jeszcze chyba nigdy nie wyglądałaś, jak po przejściu lawiny błotnej połączonej z wybuchem wulkanu i bagiennym tornado.
Koń zarżał w wyższością i dumnie się wyprostował unosząc jedną nogę. Pokręciłam jedynie z rozbawieniem głową i wróciłam do czyszczenia klaczy.
- Dobra, cofam to. Wyglądałaś gorzej po cross'ie 2 lata temu, kiedy cały czas siąpił lekki deszcz i wskakując do wody, do której spłynęła ziemi, trawa i wszystkie nieczystości. Wyszłaś z niej cała brązowa, rozchlapując wodę na wszystko naokoło. Mina pana Smith'a, kiedy dostał tą mazią była bezcenna.
Svietlana przytaknęła skinieniem głowy. Czasami byłam pod wrażeniem, jak bardzo inteligentnym jest ona koniem.
- A tak na marginesie, to dzisiaj chciałam zrobić Ci jakiś lekki trening. No wiesz - lonża i jakieś niewielki skoki, o ile nikt nam nie podpierniczy miejsca na hali. Nie spodziewam się, żeby ktoś o tak wczesnej porze porze katował swojego konia metrówkami, ale z ludźmi to nigdy nic nie wiadomo. Są zbyt nieprzewidywalni. - odsunęłam się od klaczy i podpierając się pod boki spojrzałam na nią - I nawet bardziej przebiegli niż ty, podła kreaturo.
Svietlana w odpowiedzi zastrzygła uszami i z obrażoną miną odsunęła się ode mnie o parę kroków. Na tyle, na ile pozwalała jej szerokość boksu. Podeszłam do niej i z westchnieniem ponownie zaczęłam ją czyścić. Ona to dopiero miewała humorki. Gorzej niż kobieta w ciąży, czy laska z okresem.
Po moich półgodzinnych zmaganiach, z wyczyszczeniem konia, w końcu udało nam się wyjść ze stajni i pójść w stronę hali. Od razu po otworzeniu wejścia, zorientowałam się, że jest ktoś w środku. Bez zbędnych ceregieli weszłam do środka i zamknęłam za sobą wejście.
- Jeżeli nie będzie to problem, zajmuję połowę hali - poinformowałam, podpinając lonżę pod kantar klaczy.

<William?>

Od Gwen CD. Dezyderego

Brak komentarzy:
Patrzyłam oniemiała, jak moje siodło ląduje w największej błotnej kałuży jaką kiedykolwiek widziała stadnina w Amwell. Mogłabym przysiąc, że miała rozmiar łapy Tyranozaura Rex'a skrzyżowanego z mamutem i płetwalem błękitnym. Tutaj chociaż powinny być jakieś tabliczki ostrzegające o zbliżającym się niebezpieczeństwie lub neonowe strzałki pokazujące okrężną drogę do stajni. Cokolwiek! Oczywiście nie miałam nic przeciwko kąpielom błotnym, ale jeżeli brało w nich udział nowe, czarne, lśniące, wypucowane siodło skokowe, które konserwowałam przez parę dobrych godzin, dokładnie je czyszczą i się nim zajmując jak własnym dzieckiem, to było źle, bardzo. Z przerażeniem patrzałam, jak przewraca się na prawy bok, tonąc w brązowej brei. Już nie było dla niego ratunku. Zginęło tak jak część mnie w tym momencie.
- Kur.wa! Przepraszam, ujebałem ci siodło!- pisnął chłopak z wymalowanym poczuciem winy na przestraszonej twarzy.
Spojrzałam na niego żałośnie i zmarszczyłam brwi, kiwając głową z aprobatą dla jego słów.
- Faktycznie, ujebałeś. Przynajmniej nie przebiłeś mi ręki gwoździem. Tym tylko mogę się pocieszać. - Chociaż to i tak za mało powiedziane, spoglądając na to, w jakim stanie znajdował się sprzęt. Moja dusza była rozdarta na miliony małych kawałeczków, a każdy z nich był dodatkowo podziurawiony, postrzępiony i przeciągnięty po żwirze. W tym momencie zalała mnie nieopanowana żądza zamordowania chłopaka tu i teraz. Nawet, jeżeli znaleźliby się świadkowie tego makabrycznego zdarzenia.
- Ale ja naprawdę nie chciałem. To się samo jakoś tak wyśliznęło mi z rąk i ... - ukróciłam jego wywody uniesieniem ręki.
- Nie tłumacz się - prychnęłam wchodząc do stajni razem z koniem. Odstawiłam go do boksu i wróciłam do zmieszanego Dezyderego.
- Musimy to jakoś wyciągnąć z tego bagna - stwierdził przeczesując włosy palcami.
- Odkrycie godne Columba. Brawo - zaczęłam wolno klaskać piorunując chłopaka spojrzeniem.
Odeszłam parę kroków w tył i rozejrzałam się naokoło w poszukiwaniu czegoś, co mogłyby się przydać do wyciągnięcia siodła z tego czegoś. Na około stały tylko jakieś przyczepy, traktory, worki z paszą i bezdomne szczotki do czyszczenia koni. Przy maneżu leżały jakieś baty, ale nie byłyby w stanie unieść siodła. Chociaż swoją drogą, to jak, kur.wa, można upuścić siodło. No jak?! Ja mogłabym z nim paradować po cały mieście i ewentualnie później bolałyby mnie ręce, ale nie do takiego stopnia, że nie mogłabym unieść 12 kilogramów. 
Załamałam ręce i ucisnęłam nasadę nosa. Myśl Gwen, myśl! Musi być przecież jakieś rozwiązanie! Sama go nie wyciągniesz, bo godność Ci w tym momencie na to nie pozwala, ale jakby zrobił to Dyzio? Tak, trzeba go będzie jakoś wykorzystać. Chłop się musi w końcu na coś przydać. Spierdolił, to niech naprawi.
Podeszłam do Dezyderego z wrednym uśmieszkiem i poklepałam go po plecach.
- Wyciągaj to z tego szajsu.
Uniósł brwi i spojrzał na mnie zaskoczony.
- Ale czym?
- Kajakiem kur.wa. Rękami, widłami, patykiem. Czymkolwiek! - krzyknęłam sfrustrowana odgarniając kosmyki włosów z twarzy. Jeszcze moment, a coś mu zrobię, przysięgam.
Chłopak lekko się skulił, kiedy wrzasnęłam, ale przyniosło to oczekiwany skutek - podszedł do kałuży z błotem i patrzyłam jak nieporadnie próbuje wyciągnąć siodło z tego brudu. Sprzęt prześlizgiwał się pomiędzy jego jedną ręką a drugą, a ja w duchu cicho się śmiałam. Kolor włosów w końcu zobowiązuje. Kiedy znudziło mi się patrzenie jak stara się uratować moje siodło dodatkowo je brudząc, odsunęłam go od tego i sama schyliłam się po nie. Na moje nieszczęście potknęłam się o nogę Dezyderego i wpadłam w kałużę z błotem centralnie twarzą. Maseczka z błota zawsze spoko.
Słyszałam jego śmiech, który nieporadnie próbował zatuszować kaszlem. Mi nie było tak do śmiechu.
- Co tak rżysz jak końska du.pa do bata, Dyzio? Mógłbyś mi lepiej pomóc - burknęłam podnosząc się na kolana z pozycji horyzontalnej.
- Oczywiście, Gwendolinko - parsknął śmiechem wyciągając rękę w moją stronę. Wykorzystując okazję, mocno chwyciłam jego dłoń i pociągnęłam w swoją stronę. Chłopak wylądował obok mnie w błocie, a ja zaczęłam się śmiać jak opętana. Dopiero po chwili ze zdziwieniem zauważyłam, że nie śmieję się sama, a razem z chłopakiem. Mimo to, jego śmiech wcale mi nie przeszkadzał.
- Jesteśmy zdrowo walnięci - podsumował pomiędzy napadami głupawki.
- Mnie matka przy porodzie na głowę nie upuściła. Mów za siebie - parsknęłam klepiąc go w ramię.
Dopiero po chwili zaczęłam sobie uświadamiać, jak wygląda nasza sytuacja - dwóch dorosłych ludzi taplających się w błocie i wzajemnie się podtrzymujących aby utrzymać pozycje siedząca, do tego śmiejących się jak głupie nastolatki i robiących z siebie idiotów. Nasza reputacja umarłaby, jeżeli ktokolwiek by nas teraz zobaczył. 
Wstałam z kałuży i podniosłam zasyfione siodło. Spojrzawszy na nie cicho westchnęłam i zaniosłam je do siodlarni, a po każdym moim kroku zostawał brudny, brązowy ślad. Współczuję osobie, która będzie je zmywać. Minuta ciszy i krzyżyk na drogę. Mijając ludzi w boksach widziałam ich pytające spojrzenia i uniesione brwi, ale kiwałam im tylko głową na przywitanie. Trzeba było mień nadzieję, że kiedyś o tym zapomną i puszczą to zdarzenie w niepamięć.
Wróciłam do Dezyderego, który z uporem maniaka próbował strzepać grudki piasku znajdujące się na jego czarnej koszulce.
- Jesteś mi coś winny, Dyzio - powiedziałam stając przed chłopakiem z chytrym uśmieszkiem.
- Co tylko zechcesz, Gwendolinko.
Chwilę się zamyśliłam.
- Chcę obiad. Normalny. Z mięsem i ziemniakami. I surówką. I jeszcze coś do picia. W sumie to możesz dorzucić też jakieś czekoladowe ciastko.Nie obrażę się.
Dezydery spojrzał na mnie skonsternowanym wzrokiem, a ja prychnęłam niezadowolona.
- Jestem głodna. Gdybyś jadł to co ja przez ostatnie pół roku, podpieprzając okazjonalnie o 3 nad ranem paczkę parówek i pół litra Pepsi to też chciałbyś zjeść coś normalnego. Uwierz.
- To Ciebie w domu głodzą?
Zakryłam oczy dłonią po usłyszeniu tego pytania.
- Matka jest wegetarianką, weganką, frutarianką i wszystkim innym. To powinno Ci wystarczyć.

<Dezydery?>

Od Gwen

Brak komentarzy:
Siedziałam w pick up'ie już od dobrych piętnastu minut czekając aż matka się zbierze do wyjścia i w końcu zabierze mnie do nowej stadniny. Stroiła się przed lustrem dopasowując kolor apaszki do koloru butów i torebki, co chwilę zmieniając do tego jakąś część garderoby i narzekając na wszystko dookoła. Znając ja za chwilę wyjdzie z domu z uśmiechem wiecznie przyklejonym do twarzy, wystrojona jak papuga polująca na nowego partnera i wymalowana tak, że rodzona matka by jej nie poznała.
Słyszałam, jak Svietlana ze zniecierpliwieniem tupie nogą w przyczepie i co jakiś czas rży, pewnie kręcąc do tego głową ze dezaprobatą. Wcale jej się nie dziwiłam. Na jej miejscu pewnie dostałabym już szału i próbowała rozwalić drzwi od przyczepy, byleby tylko wydostać się na zewnątrz i trochę się poruszać.
Kiedy matka wyszła z domu, jęknęłam na jej widok i zakryłam twarz dłońmi. Pomarańczowa spódnica do kostek, czarny golf, zielona torebka i różowe buty mówiły same za siebie i aż krzyczały "Patrzcie, ja tu jestem! Zwróćcie na mnie swoja uwagę i doceńcie mój wygląd!". Wsiadając do samochodu i zamykając jego drzwiczki przytrzasnęła sobie spódnicę, ale nie zwracając na to uwagi, włożyła kluczyk do stacyjki i odpaliła pojazd. Ruszyła samochodem wzdłuż ulicy, nie patrząc na pasy, znaki, krawężniki i totalnie olewając kolory świateł. Często się zastanawiałam, kto dał tej kobiecie prawo jazdy i jakim cudem je zdała (o ile w ogóle zdała). Chyba musiała dać komuś dużą łapówkę albo postraszyła go swoją kolekcją martwych dyń stojących na tarasie i nie chcąc dalszych konfrontacji z tą kobietą, ktoś po prostu dał jej ten kawałek plastiku. Sama miałam go od dwóch lat, ale rzadko z niego korzystałam, częściej jeżdżąc na rowerze lub chodząc.
- Skarbie, a gdzie my tak w ogóle mamy jechać? - zapytała Hanna odrywając wzroku od jezdni i machając jakiemuś znajomemu jadącemu na rolkach. W efekcie ta osoba wpadła na słup, a matka prawie wjechała na trawnik sąsiadów.
- Mamy jechać do stadniny w Amwell. Ostatnio o tym rozmawiałyśmy. - wycedziłam przez zęby.
- A tak, rzeczywiście. To właśnie tam była ta dobra kawa, którą piłam z właścicielami tego ośrodka, prawda?
Miałam ochotę się zastrzelić. Pojechałyśmy wtedy sprawdzić, czy będą tam dobre warunki dla konia, a ona zapamiętała stamtąd tylko jakąś kawę z mlekiem? Dziwiłam się, że z takim podejściem matki w ogóle udało na się coś wtedy załatwić. Chociaż to w sumie ja rozmawiałam z właścicielem, podczas gdy matka gawędziła przy kawie z jego żoną o nowych sposobach haftowania chusteczek i o wpływie zabijania wielorybów na środowisko. 
- Prawda - sarknęłam pod nosem podpierając głowę na ręce.
- A wzięłaś konia i cały sprzęt dla niego? - zapytała całkowicie ignorując ton jakim jej odpowiedziałam.
Odwróciłam się na siedzeniu i spojrzałam na tył samochodu. Wszystko tam było - a przynajmniej tak mi się wydawało. Przyczepa z koniem spokojnie jechała za nami, takim samym tempem jak my.
- Wzięłam - potwierdziłam wyglądając za okno.
- Myślisz, że dzisiaj też mi się uda napić kawy i porozmawiać z Samanthą?
- To wy już jesteście po imieniu? - odwróciłam się w stronę matki, a szczere zdziwienie wdarło się do mojego głosu, moje brwi wywindowały z górę.
- Powiem Ci, że Samantha to przeurocza kobieta. Naprawdę miło mi się z nią rozmawiało, więc mam nadzieję, że będzie miała dość czasu, aby uciąć sobie ze mną krótką pogawędkę. O! Patrz króliki! - 
Rzeczywiście, te małe zwierzątka biegały po polu obok, a kobieta wpatrywała się w nie jak w ósmy cud świata. - Czyż one się są słodkie?
- Są słodkie. Szczególnie wtedy, jak tata zrobi je ze śliwkami - burknęłam pod nosem nie mogąc uwierzyć w to, jak moja rodzicielka może być dziecinna.
- Czyli jednak był w kuchni - stwierdziła ściągając brwi i zaciskając usta w wąską linię. Mocniej zacisnęła ręce na kierownicy.
- A kto tak powiedział? Mógł je równie dobrze przygotować w garażu, a później wrzucić na grill'a. 
- Ale musiał wziąć składniki, a one znajdują się w KUCHNI.
- A może to ja mu je przyniosłam?
- Przestępczość zbiorowa - prychnęła kobieta pod nosem dociskając pedał gazu.
Przed nami pokazał się zarys stadniny. W oczy od razu rzucał się duży budynek stajni, jak również ogrodzenia pastwiska, parkuru, czworoboku i placu. Wszystko to otaczały pola i lasy. Widok jak z obrazka.
Zaparkowałyśmy na parkingu i wysiadłyśmy z samochodu. Przeciągnęłam się i związałam włosy w luźnego koka, z pod którego uwolniło się parę rudych, niepokornych kosmyków wałęsających się na około mojej twarzy. Odgarnęłam je ręka do tyłu i podeszłam do tylnych drzwiczek samochodu. Wyciągnęłam stamtąd teczkę z papierami i wcisnęłam ją w ręce matki.
- Idź to zanieś do biura. Tam powinni być właściciele i im to oddaj. Jakby coś, jest to dokumentacja Svietlany i jej papiery - powiedziałam wygrzebując uwiąz z pomiędzy szczotek i smarów do kopyt.
- Myślisz, że oni nie wiedzą co to jest?
- Raczej obawiam się, że Ty nie wiesz co to jest.
Matka prychnęła tylko coś pod nosem i spojrzała na mnie. 
- Poradzisz sobie z tym wszystkim sama? - przerzuciła wzrok na siodło, ogłowie, skrzyneczki ze szczotkami i różnymi specyfikami dla koni jak i również na samego konia.
- Tak mamo. Nie jestem jakimś chucherkiem, żeby nie unieść...
- Chłopcze, podejdźże tu - zawołała kobieta w stronę jakiegoś chłopaka unosząc wysoko rękę i pstrykając palcami. Zakryłam oczy dłonią i miałam ochotę spalić się ze wstydu. Świetne początki, nie ma co.
Podszedł do nas i uśmiechnął się przyjaźnie.
- Dzień dobry, czy mógłbym w czymś paniom pomóc? -zapytał uprzejmie.
Kobieta objęła mnie ramieniem i spojrzała na mnie z czułością.
- Moja mała Gwendolinka musi te wszystkie rzeczy sama zanieść do stajni i obawiam się, że nie da rady. Czy mógłbyś jej w tym pomóc? - Skinął głową, na co matka od razu ode mnie się odsunęła i prawie biegiem ruszyła do biura stajni.
Podszedł do tyłu pick up'a i wyciągnął z niego 2 pary ochraniaczy. Spojrzał się na nie, a potem przeniósł wzrok na mnie.
- Gwendolinka? - zapytał z kpiącym uśmieszkiem przekrzywiając głowę.
- Gwen. I niech Bóg Cię broni przed nazywaniem mnie inaczej - syknęłam mrużąc oczy rzucając w jego stronę derkę i czaprak.
- Okej, okej - roześmiał się łapiąc dwie rzeczy w locie - Gwen, przyczajony borsuku. 
- A Ty jak masz na imię, dowcipnisiu? - zapytałam zakładając ręce na piersi i obrzucając go spojrzeniem godnym bazyliszka.
- Dezydery Jonasz Konarski - powiedział dumnie wypinając pierś i kłaniając się w pas.
- W takim razie zasuwaj z tym do stajni, Dyzio.

<Dezydery?>


Szablon dostosowany do przeglądarki internetowej Google Chrome. ©Agata | WS | x x.